Jak było w Koszalinie?

Dodano: 25 sierpnia 2014 17:49
Jak było w Koszalinie?
Autor: Filip Jedliński , Informacja własna/Foto: własne
MediaWiki

  Polska znów rozgromiła Luksemburg. Tym razem nieco mniej niż na wyjeździe, ale i tak wysoko - 100:64. Jesteśmy już o krok od awansu do EuroBasketu, który być może odbędzie się w naszym kraju. Początek spotkania nie był jednak kolorowy. Jak niedzielne spotkanie widziałem ja? Zapraszam na moją relację z Koszalina.

         * Na Halę Widowiskowo-Sportową w Koszalinie dotarłem około 45 minut przed meczem. Odebrałem akredytację, przywitałem się, zająłem miejsce, wpisałem hasło do Wi-Fi, napiłem się wody. Praktycznie od razu moje oczy skupiły się na rozgrzewce obydwu zespołów. Oczywiście byłem zadowolony widząc rozgrzewającego się przed meczem Przemysława Karnowskiego. - O, super! Czyli raczej zagra. - pomyślałem. Z drugiej strony byłem nieco rozczarowany ponownym brakiem w składzie Jarosława Mokrosa. W tym momencie pomyślałem - Kurczę, po jakiego grzyba go ściągano z powrotem do kadry. Nie zagrał ani z Austrią, ani z Niemcami, a tym razem z Luksemburgiem. Zatem warto było przerywać mu treningi w Słupsku? Dobra, nieważne. Decyzja trenera. Dalej więc patrzyłem na rozgrzewkę Polaków. W mojej opinii byli zmotywowani. Co do Luksemburga, to jakoś niekoniecznie. Rozumiem, że już i tak nie mieli żadnych szans na awans na EuroBasket. Ba! Nie mieli ich zanim zaczęły się kwalifikacje. Ale to, że niespecjalnie podeszli do rozgrzewki nieco mnie zdziwiło. Dowcipy, rzuty oddawane jak na orliku - ech. Rozumiem, że jest coś takiego jak Team Spirit, ale to raczej nie było to.  * Co do klimatu na hali, to był on naprawdę dobry. Obiekt stopniowo się wypełniał. Powoli robiło się głośno. Kibice, mimo, że przeciwnik nie z górnej półki, to i tak byli nakręceni i na trybunach dawali z siebie wszystko. Przed rozpoczęciem spotkania często jeszcze rozglądałem się po hali. W sumie sam nie wiem czego szukałem, ale dostrzegłem chociażby Artura Mielczarka ubranego w koszulkę z robiącym furorę na instagramie, choć nie do końca zrozumiałym przez wszystkich hasztagiem #rysiu (podczas meczu trzykrotnie nawet wyjaśniałem o co chodzi z tym tagiem). Skrzydłowy AZS-u przebywał na meczu w towarzystwie innego klubowego kolegi, Piotra Dąbrowskiego. Obaj często rozmawiali ze swoim byłym kolegą z zespołu, Zbigniewem Białkem, który także wraz ze swoją rodziną odwiedził w niedzielę obiekt, gdzie rozpoczął minione rozgrywki. Momentami widziałem też Qyntela Woodsa, z którym fani robili sobie zdjęcia. Za przeprowadzenie dopingu odpowiedzialni byli kibice" H1" z Włocławka, którzy rozgościli się na trybunie, gdzie na co dzień doping prowadzą fani koszalińskiego AZS-u. Tuż obok "Ultrasu" z Włocławka umiejscowili się kibice ze Słupska. Przy prezentacji obu zespołów oczywiście bardzo głośno i serdecznie brawami zostali przywitani koszykarze polskiej kadry, ale także bardzo ładnie przywitano reprezentację Luksemburga. Czas więc przejść do meczu:  * Koszykarze gości chyba czytali mi w myślach. Luksemburczycy weszli w to spotkanie bardziej skoncentrowani, była w nich ta chęć walki. Nie bali się wjazdów pod kosz, ale ich gra oczywiście piękna do końca nie była. Popełniali sporo strat, a ich akcje nie były poukładane. To nie zmienia faktu, że tak dobrym początkiem zaskoczyli chyba największych optymistów w swoim obozie. Jeśli chodzi o grę naszej kadry, to w pierwszych minutach wyglądała ona po prostu fatalnie. Nie trafialiśmy prostych rzutów, popełnialiśmy stratę za stratą, Przypominało to nieco lekcję WF-u w szóstej klasie szkoły podstawowej. (W całym spotkaniu padły aż 43 straty). Pierwsza piątka w składzie Skibniewski - Zamojski - Waczyński - Cel - Hrycaniuk grała naprawdę kiepsko. Pretensji nie było można mieć jedynie do Aarona Cela. Mimo, że Luksemburg grał praktycznie czterema rozgrywającymi, to nie nie udawało się nam wykorzystać przewagi pod koszem. Po wprowadzeniu zmian przez trenera Mike'a Taylora zaczęło już to lepiej wyglądać. Szczególnie dobrze graliśmy, kiedy na parkiecie przebywali Kamil Łączyński, Mateusz Ponitka oraz Damian Kulig. Środkowy PGE Turowa Zgorzelec już od początki spotkania potwierdzał swoją dobrą formę z Bonn. Zdecydowanie lepiej radził sobie pod koszem niż Hrycaniuk. Śmiało można powiedzieć, że był tego dnia podkoszowym potworem, a ksywka Hrycaniuka - "Besta" - bardziej pasowała do centra mistrzów Polski. Pierwsze prowadzenie objęliśmy dopiero w trzynastej minucie meczu. W tym momencie była gwiazda polskiej koszykówki, Maciej Zieliński napisał na swoim Twitterze: Prowadzimy :)) Natychmiast odpisałem mu tak: Dopiero w 13 minucie? Nie wiem czy jest to powód do zadowolenia.. - po godzinie odpisał: No niestety ale miejmy to już za sobą takie mecze są najgorsze!! Oczywiście nie wierzyłem, że po tak fantastycznym spotkaniu przeciwko Niemcom przegramy z Luksemburgiem. Nie, nie ma szans - pomyślałem. Uspokoiłem się dopiero w trzeciej kwarcie, kiedy stopniowo zaczęliśmy przejmować kontrolę nad meczem. Trójki Waczyńskiego i Zamojskiego, akcja Ponitka-Kulig - palce lizać! A kadra rywali grała przysłowiowy piach z minuty na minutę. W trzeciej kwarcie mecz był już nasz. W niedzielę pierwszy raz oglądałem kadrę Luksemburga w akcji, ale muszę powiedzieć, że dawno takiego streetballu nie widziałem. W drugiej połowie luksemburczycy zupełnie odpuścili. Polscy reprezentanci wygrali drugą połowę 60:36. To cud, że marką ich strojów w ogóle jest Spalding - pomyślałem.  * Mimo, że to mecz przeciw słabej drużynie to miło było widzieć tak dobrze grających zawodników, którzy ostatnio na parkiecie przebywali niewiele. Przede wszystkim pochwalić trzeba Kamila Łączyńskiego. Playmaker Rosy Radom zdobył co prawda tylko 5 punktów, ale rozdał aż 10 asyst (niektóre naprawdę byłe super!), przy czym popełnił tylko 3 straty. Dla porównania pierwszy rozgrywający naszej reprezentacji, Robert Skibniewski zdobył w tym meczu 4 punkty, 3 asysty i też 3 straty. Mimo dużej sympatii do Tomasza Śniega to muszę przyznać, że w podawaniu Łączyński jest jednak lepszy. Kamil niedzielne spotkanie skomentował tak: Wygraliśmy i tylko to się liczy. Odblokował się także rzucający Trefla Sopot, Michał Michalak. W ostatnich meczach grał naprawdę niewiele, ale kiedy wszedł na parkiet koszalińskiej hali to błyskawicznie rzucił 8 punktów z rzędu. Po meczu powiedział: Dobre spotkanie, to znaczy ciężko powiedzieć, że dobre (śmiech). Dobrze, że wygraliśmy, bo początek był tragiczny w naszym wykonaniu. Daliśmy się im rozkręcić, więc na początku wyglądało to, jak wyglądało. Potem włożyliśmy w to trochę więcej energii, dzięki temu wygraliśmy. Dobrze w akcji było również zobaczyć wspomnianego wcześniej Przemysława Karnowskiego. Mimo, że nie zagrał tak długo i tak dobrze jak w meczach przed kontuzją, ale i tak zaprezentował się z niezłej strony zdobywając 8 punktów (4/4 z gry) w 12 minut. Bardzo dobre spotkanie rozegrał także weteran naszej kadry, Szymon Szewczyk. Doświadczony podkoszowy zdobył 17 punktów, dzięki czemu był pierwszym strzelcem całego spotkania.  * Po meczu oczywiście kibice podziękowali koszykarzom za zwycięstwo, ale pewna grupka kibiców, która siedziała tuż za placami mediów popisała się szczególną kreatywnością. Wszyscy posiadali specjalne maski z wizerunkiem Tomasza Gielo. Dodatkowo pięciu z nich miało na brzuchach napisane litery nazwiska skrzydłowego reprezentacji i stanęli tak, aby wyszło słowo G-I-E-L-O. Po czym zaczęli krzyczeć: Gielo, Gielo, Gielo!! Nie wiem, czy to znajomi, czy rodzina, ale pomysł fajny. Na tyle fajny, że wraz z Pawłem Łakomskim oraz innymi dziennikarzami nie mogliśmy się powstrzymać od zrobienia zdjęcia:                          * Nie spodziewałem się, że nagranie rozmów po meczu będzie aż takie trudne. Oczywiście "wszystko przez kibiców". Najpierw, aby krótko porozmawiać z Przemkiem Karnowskim, czekałem około 20 minut, stojąc niecałe 2 metry od niego. W końcu się udało i ponownie mógł podpisywać autografy i strzelać fotki z fanami. W przypadku Adama Waczyńskiego było podobnie. Stałem z dyktafonem w ręce około 1,5 metra od niego, a on "tonął w morzu fanów". Oczywiście nie widziałem w tym nic złego. Przecież sam tak kiedyś robiłem. - Dobrze, dobrze. Fani mają pierwszeństwo - mówiłem do tłumu dziewczyn ustawiających się w kolejce, aby zrobić sobie "Selfie" z Waczyńskim. W końcu sam powiedział, że już może chwilę pogadać, ale gdy tylko zobaczyłem, że stoją przy nim nowe fanki odpowiedziałem: - Nie, nie. Niech Cię zamęczą. Spojrzał na mnie zadowoloną miną zabójcy. Kiedy się wreszcie udało, na przeszkodzie stanęła pani ochroniarz, która nie chciała wpuścić mnie do przedsionka szatni. Wtedy Waca powiedział - Spokojnie, spokojnie. Pani zrobi wyjątek. Po chwili namysłu zgodziła się. Żeby byłego zawodnika Trefla Sopot już nie męczyć zadałem tylko trzy pytania. Po czym powiedział: - Dobra chodź, odprowadzę Cię, żebyś nie miał kłopotów. Na koniec zbiliśmy piątkę, powiedziałem powodzenia i powoli zbierałem się do opuszczenia koszalińskiej hali.  Po meczu powiedzieli: Przemysław Karnowski: (twitter.com/PKarnowski) FJ: Spotkanie zaczęliście bardzo słabo. Twoim zdaniem z czego to wynikało? PK: Na pewno trochę zaspaliśmy. W połowie pierwszej kwarty zaczęło to lepiej wyglądać, a w drugiej zrobiliśmy małą przewagę. W drugiej połowie jakoś już to poszło i nasza gra wyglądała o wiele lepiej. Cieszymy się ze zwycięstwa i już przygotowujemy się na mecz z Austrią.  FJ: Jak wyglądało to spotkanie oczami Przemysława Karnowskiego? PK: Dopiero wracam po chorobie. Trenuję od dwóch dni, więc nie zagrałem na 100 procent. Starałem się pomagać chłopakom z ławki jak tylko mogłem. Starałem się ich dopingować, ale tak jak pan powiedział zaczęliśmy wolno i z biegiem czasu rozkręcaliśmy się.  FJ: Zagrałeś w tym meczu. Czy to oznacza, że z Twoim zdrowiem już jest lepiej?  PK: Tak. Jest o wiele lepiej niż było to kilka dni temu. We wtorek wyszedłem ze szpitala. Od piątku zacząłem trenować, więc na pewno jest lepiej. Mam nadzieję, że do meczu z Austrią będzie już tylko lepiej.  FJ: No właśnie. Został wam ostatni mecz z Austrią. Jak przygotowujecie się do tego spotkania? PK: Może nawet dziś, a jak nie to jutro spotkanie. Będziemy oglądali wideo, będziemy starali się ich rozpracowywać. Niestety nie miałem okazji grać przeciwko Austrii na wyjeździe, ponieważ byłem chory, ale na pewno poznam ich skład, zawodników, więc będziemy dobrze przygotowani.  Adam Waczyński: (twitter.com/awaczynski) FJ: Jak skomentujesz dzisiejsze spotkanie? AW: Na początku zagraliśmy mało skoncentrowanie, popełnialiśmy sporo strat, z czego Luksemburg miał łatwe punkty z kontrataku. Nie mogliśmy trafić z otwartych pozycji. No, ale później wyglądało już to tylko lepiej. Weszła taka złość sportowa, byliśmy bardziej konsekwentni w ataku, mądrzejsi i przede wszystkim twardsi w obronie. Widać było, że Luksemburg już odpuścił, a my mogliśmy spokojnie kontrolować to spotkanie.  FJ: Jak przygotujecie się do spotkania z Austrią?  AW: Na pewno mamy w sobie tą złość z meczu w Austrii, przegraliśmy dosyć pechowo mimo, że nie graliśmy doskonałych zawodów. Chcemy udowodnić, że zasługujemy, aby być na pierwszym miejscu w tej grupie. Nie musimy się zbytnio przygotowywać. Z pewnością będziemy oglądami wideo, będziemy analizować jak grają zarówno w ataku, jak i w obronie. Będziemy wiedzieli wszystko na ich temat. Jadnak najważniejsze jest podejście mentalne i to żeby mieć dumę i honor w tym, aby nie przegrać z nimi dwa razy.  FJ: Złość po tej aferze z flagą już minęła? AW: Tak, tak. Można powiedzieć było minęło. Skupiamy się teraz na tym co będzie. Na niczym innym. Trzeba udowodnić na parkiecie, że jesteśmy lepsi i wygrać to spotkanie.   * Poziom spotkania może i nie był świetny, ale jest zwycięstwo i to póki co klasyfikuje nas na pierwszym miejscu w grupie. Przed Polską kadrą podróż do Lubina na ważne spotkanie z Austrią, która już dała nam się we znaki. Tak jak mówią koszykarze. Teraz nie można skupić się na niczym innym jak na meczu przeciwko reprezentacji Austrii. Trzeba pokazać, że jesteśmy lepsi i jak najbardziej zasługujemy na pierwsze miejsce w grupie i awans na przyszłoroczne mistrzostwa Europy.  Z Koszalina, Filip Jedliński - zapraszam na mojego Twittera: twitter.com/FilipJedlinski
Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp