NBA Playoffs 2014: Konferencja Wschodnia
Playoffy za pasem, znamy osiem par, które spotkają się ze sobą w tegorocznych rozgrywkach. Dziś weźmiemy pod lupę pojedynki w konferencji wschodniej, które mogą wydawać się mniej interesujące niż na Zachodzie, ale wcale tak nie musi być.
(1) Indiana Pacers – (8) Atlanta Hawks
W sezonie regularnym: Remis 2-2
Spoglądając w bilansy obu zespołów może się wydawać, że sweep jest tu nieunikniony. Atlanta jako jedyny zespół w całej playoffowej stawce skończyła sezon z większą liczbą porażek niż zwycięstw. Jednak cała rzecz jest dużo bardziej złożona. W ostatnich dwóch miesiącach, Indiana była przeciętniakiem i gdyby Dwyane Wade miał obie łąkotki w kolanach, prawdopodobnie nie cieszyliby się z ewentualnej przewagi parkietu na przestrzeni całej fazy posezonowej w konferencji. Ich wynik na wyjeździe – 21-20 nie jest imponujący. Lepsi w tym fachu byli m.in. Phoenix Suns i Washington Wizards. Kluczem do ich zwycięstwa będą właśnie zwycięstwa w Atlancie, ponieważ w domu powinni dać sobie radę, ale gdyby przegrali choćby jeden mecz w Bankers Life Fieldhouse, seria zaczęłaby być naprawdę ciekawa. Pikanterii dodaje fakt, że Hawks pokonali już Pacers na ich parkiecie. Ba, zrobili to różnicą dwucyfrową, co udało się tylko im i San Antonio Spurs. Ponownie, na ich szczęście w playoffach nie zagra Al Horford, który prawdopodobnie nie miałby problemów z ogrywaniem fatalnie ostatnio grającego Roya Hibberta. Atlanta opiera swoją grę na rzutach za trzy, a lepszego specjalisty od Kyle’a Korvera obecnie trudno jest znaleźć. W spotkaniach przeciwko Pacers, Jastrzębie trafiali zza łuku 10.3 raza na mecz. Dla przypomnienia: Indiana była 4. w lidze jeśli chodzi o bronienie właśnie takich rzutów. Atlanta nie jest świetna w defensywie (14. miejsce w NBA), ale Indiana po All-Star Weekend znajduje się na szarym końcu ligi, jeśli chodzi o efektywność ofensywną. W tym okresie, zdobywali zaledwie 100.2 punktów na 100 posiadań. Postawmy sprawę jasno: jeżeli Indiana będzie grała tak jak grała przez pierwszą połowę tego sezonu, Hawks powinni być tylko tłem tej serii. Jeżeli jednak powrócą demony ostatnich miesięcy, pojedynek ten może trwać 7 spotkań.
(2) Miami Heat – (7) Charlotte Bobcats
W sezonie regularnym: Miami wygrało 4-0
Podobnie jak Indiana, mistrzowie NBA są w dołku, ale wydaje się, że jest to dołek kontrolowany. Erik Spoelstra mimo minimalnej szansy na odzyskanie przewagi parkietu zdecydował się kontynuować rytuał odpuszczania dwóch ostatnich meczów LeBronowi Jamesowi, a także Chrisowi Boshowi. Jedynym członkiem „Big 3”, który nie odpoczywał był Dwyane Wade, który opuścił parę wcześniejszych spotkań z kontuzją. Bobcats nie powinni stanowić dla nich większej przeszkody, co potwierdzili w sezonie, kiedy wygrali wszystkie spotkania ze swoimi rywalami z dywizji południowo-wschodniej. We wszystkich tych spotkaniach, Michael Kidd-Gilchrist kompletnie nie radził sobie z kryciem Jamesa, który w 23 minuty przeciwko niemu zdobył łącznie 48 punktów, rzucając 18/30 z gry. Dużo z nich przyszło w meczu, w którym James pobił swój rekord kariery w punktach. Problemu ze zdobywaniem punktów przeciwko swojemu głównemu obrońcy, którym był Al. Jefferson nie miał także Chris Bosh, trafiając 12 z 23 prób. Dysproporcję widać nawet tam, gdzie nie powinno jej być. Rozgrywający Heat, Mario Chalmers i Norris Cole łącznie w tych czterech meczach aż 30 razy wchodzili pod kosz. Ich przeciwnicy na boisku w postaci Kemby Walkera i Ramona Sessionsa znaleźli się tam zaledwie 13 razy. Nie widzę nic, co przemawiałoby za Bobcats. Mogą oni urwać jeden mecz u siebie bądź nawet w Miami, ale nic więcej. Jednak za sam awans do playoffów Steve’owi Cliffordowi należy się parę głosów w wyborze Coach of the Year. Bardzo niewiele zabrakło do tego, aby Charlotte zajęli szóste miejsce, ale w ostatnim spotkaniu, Washington Wizards nie dali sobie wydrzeć tej pozycji.
(3) Toronto Raptors – (6) Brooklyn Nets
W sezonie regularnym: Remis 2-2
Oprócz spotkania rozegranego 11. lutego, żaden z meczów pomiędzy tymi drużynami nie zakończył się różnicą większą niż 4 punkty. Zwiastuje nam to naprawdę ciekawą serię, w której większość ekspertów typuje Nets do zwycięstwa. Jestem ciekaw, czy naprawdę tak myślą, czy może bardziej koncentrują się na tym, co będzie, gdy Brooklyn w półfinale konferencji spotka się z Miami. Ja nie wybiegam aż tak w przyszłość, spróbuję skupić się na tym co tu i teraz. Co mają Nets? Mają doświadczenie na boisku i niedoświadczenie na ławce trenerskiej. Kontuzje nie oszczędziły Brooka Lopeza, który rzecz jasna nie wystąpi przeciwko Jonasovi Valanciunasowi. Nets obrócili sezon w 2014 roku, ale w ostatniej chwili wypadli z 5. pozycji, na (nie)korzyść Washington Wizards. Toronto znalazło się tak wysoko głównie za sprawą ruchu Masai Ujiriego, w którym Rudy Gay odszedł do Sacramento. Wtedy więcej minut znalazło się dla Terrence’a Rossa i DeMara DeRozana, którzy w tym sezonie są nie tylko „Air Canada 2.0”, ale także napędzają ofensywę kanadyjskiego jedynaka. Spodziewaliśmy się, że kiedyś to się stanie, ale to, że nadejdzie to tak szybko i w tak niesamowitej formie, musiało zaskoczyć nawet samych zawodników i trenerów. Według mnie ta seria może potrwać 7 meczów, ale kto ją wygra – nie jestem w stanie określić. Stać na to oba zespoły, jednak będziemy mieli tu klasyczne starcie młodości z doświadczeniem. Jestem jednak w stanie przyznać, że skłaniałbym się minimalnie w kierunku Raptors ze względu na wiekowe bronie zespołu z Nowego Jorku, które mogą nie wytrzymać trudów fazy posezonowej.
(4) Chicago Bulls – (5) Washington Wizards
W sezonie regularnym: Remis 2-2
Można powiedzieć, że obok Miami Heat to właśnie Bulls to starzy wyjadacze playoffów konferencji wschodniej. I nie chodzi tu o poszczególnych zawodników, ale o zespół, którego trzonem do 2012 roku miał być Derrick Rose. Okazało się jednak, że jest nim zupełnie ktoś inny. To Joakim Noah w pojedynkę poprowadził Byki do kolejnego z rzędu finiszu w pierwszej piątce Wschodu i ma szansę na swoich barkach donieść ich nawet do półfinałów bądź finałów konferencji. W tym sezonie nie brakowało tylko Derricka Rose’a, ale także oddanego właściwie za darmo Luola Denga oraz niezatrzymanego w Chicago Nate’a Robinsona. Tego drugiego w jakimś stopniu zastąpił podpisany w trakcie sezonu D.J. Augustin, co nie zmienia faktu, że w tegorocznych rozgrywkach na barkach Noaha spoczywały nie tylko zadania defensywne, ale też prowadzenie akcji. W niektórych meczach był on niemal point-centrem, co udowodnił zdobywając triple-double z asystami. To właśnie z nim będzie musiał się zmierzyć polski jedynak w NBA, Marcin Gortat, który powraca do playoffów po dwóch latach absencji jako zawodnik Phoenix Suns. To, że Czarodzieje awansują do tej fazy rozgrywek było tylko kwestią czasu. Backcourt Wall-Beal to para na wiele, wiele lat, mająca przed sobą wiele występów w All-Star Game. Teraz wreszcie po raz pierwszy będziemy mogli zobaczyć ich w najpoważniejszych rozgrywkach, jakimi są mecze playoffów. Nie oczekiwałbym jednak zbyt wiele po stołecznych młodzieńcach, ponieważ Bulls byli już w takiej sytuacji nie raz i w tamtym roku udowodnili, że są w stanie wyjść z największych opresji. Jednak w tamtej serii z Nets brylował wspomniany wcześniej Robinson. Czy mają teraz w składzie takiego zawodnika, który sam może odwrócić losy spotkania? Wydaje się, że musi zapracować na to kolektyw, ale przecież gdyby go nie mieli, to ta drużyna walczyłaby prawdopodobnie o wysoki pick w drafcie. Są przecież bardziej utalentowane drużyny, które jednak nie mają albo odpowiedniego trenera, albo są za mało zdyscyplinowani. W obu tych sprawach Bulls są absolutnie w czołówce ligi. Mecze tej serii mogą być zacięte, ale wcale nie muszą. Wydaje się, że Chicago może szybko rozprawić się z rywalami, szczególnie patrząc na ich niedawne spotkanie w Waszyngtonie, ale Wizards nie powinni oddać łatwo skóry, szczególnie, że dla większości graczy będą to pierwsze playoffy w życiu, a presja będzie ciążyć głównie na zawodnikach z Wietrznego Miasta.