Niesamowity mecz, James, Allen i Bosh wydzierają mecz w dogrywce.
Jak się można było spodziewać, był to najlepszy mecz tej serii. Ale chyba nikt się nie spodziewał jak dobre będzie to spotkanie. Powrót i triple-double LeBrona Jamesa, trójka Raya Allena i bloki Chrisa Bosha w końcówkach czwartej kwarty i dogrywki - to wszystko dało Miami Heat zwycięstwo 103:100 po dogrywce w niesamowicie emocjonującym spotkaniu typu "epic classic".
Przed nami mecz numer 7 i kolejne wielkie emocje.
Od drugiej kwarty Spurs kontrolowali spokojnie przebieg spotkania, nie dając się za blisko zbliżyć Heat. Schodząc na przerwę mieli 6 punktów przewagi, a niesamowite spotkanie rozgrywał Tim Duncan, zdobywca aż 25 "oczek" w pierwszych dwóch kwartach. Najlepszym strzelcem Miami był... Mario Chalmers (14).
Na koniec trzeciej kwarty na tablicy był wynik 75-65 dla Spurs. Erik Spoelstra, który miał wzloty i upadki podczas tych finałów, świetnie rozegrał taktycznie ostatnią kwartę spotkania. Wystawił na parkiet skład Chalmers-Allen-Miller-James-Andersen, dzięki czemu, MVP nie mógł być podwojony, ponieważ zza łuku wychylało się trzech dobrych strzelców. Drugą dobrą decyzją trenera Heat było wypuszczenie defensywnej bestii, w postaci Jamesa na Tony'ego Parkera. Francuz zakończył spotkanie rzucając 6/23 z gry, z czego większość z tych rzutów trafił będąc krytym przez Chalmersa.
Czwarta kwarta jest "must-see" dla tych, którzy jej nie widzieli. Na początku Mike Miller zgubił buta, odrzucił go w kierunku ławki rezerwowych, otrzymał podanie od LeBrona i trafił trójkę, doprowadzając do stanu 77-73. Potem, gdy LeBron James grał jak w transie w ostatniej odsłonie meczu i wsadził piłkę do kosza, Tim Duncan zamiast zablokować go, omyłkowo zdjął mu opaskę na głowę. MVP zaskoczył wszystkich i nie założył jej z powrotem. Częściowo w opasce, częściowo bez, James zdobył 18 punktów w samej czwartej kwarcie. Heat powrócili z dalekiej podróży, ale wtedy obudził się Tony Parker.
Rozgrywający Spurs trafił trójkę na wyrównanie, a potem rzucając i asystując doprowadził do tego, że San Antonio prowadzili 94-89 na 28 sekund przed końcem, a Miami miało piłkę z boku. Prawie cały koszykarski świat (włącznie ze mną) myślał, że za parę minut na boisko wjedzie puchar Larry'ego O'Briena. Nie myślało jednak o tym paru ciemnych facetów w białych koszulkach. LeBron James przestrzelił trójkę prosto z autu, jednak ta trafiła z powrotem na obwód w ręce Jamesa, ale tym razem się nie pomylił. Oczywiście Heat musieli faulować rywala, trafił sie Kawhi Leonard, notabene rozgrywający świetny mecz. Koszmar Spurs się spełnił - nie trafił pierwszego rzutu. Na szczęście dla Teksańczyków przy drugim się nie pomylił, a Heat mieli piłkę przy trzech punktach straty. Przed tą akcją Gregg Popovich podjął jedną z niewielu złych decyzji w tych Finałach - posadził Duncana na ławce. Była to zła decyzja, ponieważ po nietrafionej trójce LeBrona Jamesa, piłkę na tablicy rywala przejął Chris Bosh, ta trafiła tym razem do Raya Allena w prawym rogu boiska, a ten wyskoczył ponad Tony'ego Parkera i wydawałoby się z łatwością trafił być może najważniejszą trójkę sezonu i doprowadził do dogrywki.
W dogrywce miały miejsce częste zmiany prowadzenia, a przy stanie 101-100 dla Heat wynik się zatrzymał. Utrzymywał się on przez 2 ostatnie minuty, w których ostatnie dwie próby rzutów Spurs zablokował Chris Bosh. Jedna z nich, to rzut Parkera, z łatwością zablokowany przez byłego Raptora, po której Ray Allen trafił dwa rzuty wolne. Z kolei druga z nich to próba doprowadzenia do drugiej dogrywki Danny'ego Greena, jednak i tym razem lepszy okazał się Bosh.
Wspomniany Green zagrał bardzo słaby mecz, jak na potencjalnego MVP finałów. Zdobył tylko trzy punkty, rzucają 1/7 w ciągu całego meczu. Kolejnym zawodem Spurs była postawa Manu Ginobiliego, który miał 9 punktów i rekordowe dla niego 8 strat. Duncan po niesamowitej pierwszej połowie, zdobył tylko 5 punktów przez resztę meczu, a w ostatnich 22 minutach spotkania nie zapunktował ani razu. Łącznie zaliczył bardzo dobry występ z 30 punktami i 17 zbiórkami. Obrona Heat nie pozwalała już na tak łatwe trójki San Antonio. Łącznie trafili 5 z 18 prób.
LeBron James uzbierał 32 punkty, 11 zbiórek, 10 asyst i jest pierwszym zawodnikiem ze statystykami 30/10/10 w Finałach od... Charlesa Barkleya w roku 1993, czyli równo 20 lat temu. Łącznie w finałach ma już cztery takie osiągnięcia, przegrywając pod tym względem tylko z Magiciem Johnsonem (8), a w fazach posezonowych ma ich 11 (również przegrywa z Johnsonem - 22, ma tyle samo co drugi Jason Kidd). W składzie Heat wczoraj zagrało tylko 8 graczy. Zza łuku pomagali Mike Miller (2/2) i Shane Battier (3/4). Świetne spotkanie zagrał Chalmers - zakończył je z 20 punktami, rzucając 7/11 z gry, w tym 4/5 za trzy punkty. Ray Allen zdobył tylko 9 punktów, ale wszystkie z nich były punktami w czwartej kwarcie lub w dogrywce. Dwyane Wade i Chris Bosh nie zagrali rewelacyjnych zawodów, ale wystarczyło to do zwycięstwa. Na parkiecie po raz pierwszy od dłuższego czasu pojawił się "Birdman", Chris Andersen.
Poczwórny MVP wciąż nie ma sobie mocnych w historii w tak zwanych "elimination games". Zalicza w nich średnio 31.5 punktów (rekordzista), 10 zbiórek i 8 asyst. Jest też najlepszym strzelcem w historii meczów numer 7, w których rzuca średnio 33.8 punktów. W swojej "słabej serii" zalicza 23.3 punktów, 10.7 zbiórek i 7.5 asyst. We wczorajszym meczu przegonił Johna Havlicka i jest już na dziewiątym miejscu w kategorii zdobytych punktów w playoffach. Mike Miller trafia 100% swoich rzutów, gdy nie ma na sobie lewego buta.
Mecz numer 7 w Miami w nocy z czwartku na piątek o godzinie 3 czasu polskiego.