Lakers nadal z szansami na tytuł
Los Angeles Lakers są bezsprzecznie jedną z najpopularniejszych drużyn w NBA. Mają wielu kibiców, lecz jak wiadomo ilość zwykle nie idzie w parze z jakością. Niektórych fanów Jeziorowców można określić raczej mianem "sezonowców".
Przeciętna osoba, średnio orientująca się w sporcie, ale mająca się za fana - znana w kręgach kibicowskich jako Janusz – nie może patrzeć na grę polskiej kadry w piłce nożnej, za to uwielbia siatkarzy, lubi Piotra Żyłę, a jej ulubione drużyny to Barcelona i Borussia Dortmund.
Bardziej zorientowani w danych dyscyplinach kibice wiedzą jaką plagą są Janusze, deprecjonujący drużynę, za którą są „od przed wojny” w oczach zwolenników innych, mniej popularnych ekip. To chwile, w których fani Kings czy Pistons oddychają z ulgą, wiedząc, że ten problem ich nie dotyczy.
Jeśli chodzi o NBA, przez podobne męki przechodzą kibice Los Angeles Lakers. Chociaż od paru sezonów najgorszą opinią cieszą się fani Miami Heat - znani z olewania sezonu regularnego, przychodzenia po pierwszych kwartach i wychodzenia przed końcem meczów – wcześniej to właśnie Lakers mogli pochwalić się największą liczbą „sezonowców”. Na każdym forum, podczas każdej dyskusji o koszykówce z mniej zorientowanymi fanami, temat w końcu musiał zejść na Kobe Bryanta, a porównania do MJ’a były kwestią kilku zdań lub dwóch-trzech postów.
Każdy kto aspirował do bycia „kimś” w Hollywood musiał być na meczu Lakers. I na przestrzeni lat, poza oddanymi fanami jak Leonardo DiCarpio czy Jack Nicholson, na trybunach Staples Center pojawiło się wielu przypadkowych celebrytów. Jak udowodnił amerykański komik Jimmy Kimmel podczas ostatniej sondy ulicznej, moda na Lakers, która wzmogła się wraz ze sprowadzeniem Dwighta Howarda, przełożyła się na zainteresowanie drużyną, ale niekoniecznie w takim stopniu by osoby uznające się za fanów zadały sobie trud śledzenia wyników swojego klubu. Możliwe, że Lakers ustrzelą w tym roku dublet - według jednego kibica mają również szanse na Puchar Stanleya…