Hit dla Miami - w meczu, w którym 'czegoś brakowało'
Miami Heat pokonali po raz drugi w tym sezonie Los Angeles Lakers. Mecz ten pokazał jak dobrze broniącą drużyną są Heat i jak dobry jest ich kontratak, w którym brylują LeBron James i Dwyane Wade.
Obaj zawodnicy okazali się być liderami zespołu mając niemal identyczne statystyki pomeczowe w spotkaniu, które Heat wygrali w stosunku 107:97.
LeBron James zakończył spotkanie z dorobkiem 32pkt/7zb/4as/3prz (12/18 z gry), natomiast Wade uzyskał 30pkt/2zb/5as/3prz (12/18z gry).
Pierwszy z nich niemiłosiernie ogrywał sprawiajacego wrażenie zbyt "drewnianego" Metta World Peace, natomiast w obronie często doskakiwał do innych zawodników Lakers podwajając ich i wymuszając błędy. Przynosiło to z reguły skutek w postaci niedokładnych zagrań Lakers i szybko wyprowadzanych kontr przez gospodarzy (19:4 w punktach z kontry).
Zdecydowanie gorsze zadanie w obronie miał Wade, który po raz kolejny musiał stawić czoła Bryantowi i jak zwykle nie podołał zadaniu, gdyż "Black Mamba" dawał sobie radę w nie mniejszym stopniu niż James z rywalami. Kobe zakończył mecz z dorobkiem 28pkt/6zb/9as. Problem jednak w tym, że był w swoich poczynaniach zupełnie osamotniony. Co z tego, że Howard miał 15pkt/9zb, skoro był w tym meczu niewidoczny. Z pewnością nie pomagają mu w grze ciągłe reprymendy od Steve Nasha, który wobec rozgrywania piłki przez Bryanta sam wygląda na parkiecie jak piąte koło u wozu. Dobre wrażenie zrobił jedynie Earl Clark, który zanotował 18 "oczek" i 9 zbiórek a przede wszystkim piękny blok na Jamesie!
Przewagę Miami miało także w wykorzystywaniu pozostałych graczy w zespole. Gdy trzeba było, to trafiali Bosh, Battier, Cole czy Chalmers. W Lakers poza Bryantem nie było widać kogokolwiek, kto chciałby wziąć odpowiedzialność za wynik w swoje ręce.
Mecz był zacięty przez trzy kwarty, jednak pod koniec trzeciej części zaczęła się uwidaczniac przewaga Heat. Biorący czas w ostatniej części meczu D'Antoni był już bezradny.
Spotkanie to może i nie zawiodło oczekiwań fanów, jednak brakowało mu rywalizacji "face to face" jakie dawniej toczyli ze sobą np. Jordan z Barkleyem, którzy pomimo różnicy dzielącej ich pozycje zajmowane na boisku nie bali się pojedynków jeden na jednego. Kibice, którzy mają możliwość oglądania rywalizacji dwóch najlepszych koszykarzu świata tylko dwa razy do roku i przy okazji All Star Game chcieliby zobaczyć Jamesa pilnującego Kobe i odwrotnie. A Kobe, który dziewięć razy został wybierany do pierwszej piątki obrońców ligi i człowiek, który ma zawsze wiele do udowodnienia także powinien spróbować podjąć się wyzwania jakim jest pilnowanie "The Kinga". Tego zabrakło w tym meczu jak i w kilku poprzednich.
Zabrakło też "trash talku", o którym przed kilkoma dniami wspominał Bryant. Sam siedział cichuteńko zarówno w Miami jak i w cześniej w Bostonie...