Steph Curry zasługuje na występ w All-Star Game
Jak żaden inny obrońca. Podobnie rzecz ma się z Davidem Lee, który nie ma sobie równych wśród skrzydłowych na zachodzie, może poza Z-Bo i Griffinem. W ostatnich dniach w pojedynkach z najlepszymi to jednak Warriors wyglądali jak pretendent do tytułu, pokonując najpierw Clippers, a wczoraj Thunder. Tym razem 31 punktów i 7 asyst, nawet Russel Westbrook nie był w stanie powstrzymać wychowanka uczelni Davidson, który zatańczył przed publiką po jednej z najbardziej efektownych zagrań tego wieczoru.
Thunder - Warriors 99:104 OKC Thunder byli 29-0 w tym sezonie w meczach, w których prowadzili po 3 kwartach. Wczoraj na początku 4. odsłony meczu prowadzili w ORACLE Arena 79:76. Curry i spółka najwyraźniej nie mieli ochoty na przedłużenie tej serii. Kevin Durant rzucił 33 punkty, nie popisał się jednak w decydujących akcjach meczu, najpierw pudłując, a potem tracąc piłkę przy próbie podania do Kendricka Perkinsa. Nie zmienia to faktu, że po raz kolejny był nie do powstrzymania przez większość meczu i już będąc jednym z najlepszych graczy ostatniej dekady, w tym sezonie wspiął się jeszcze wyżej. W 4 ostatnich meczach rzuca średnio 38,5 punktu i już wyprzedził Bryanta i Melo w wyścigu po kolejną koronę króla strzelców. Po raz drugi z rzędu grał na ponad 58% skuteczności i do pełni szczęścia brakło tylko równie dobrego występu kolegów. I choć aż 5 graczy Thunder rzuciło wczoraj 10 lub więcej punktów, w decydujących akcjach nie miał kto wyręczyć Duranta, na którym spoczywała ogromna uwaga obrony gospodarzy. Russel Westbrook (10pkt/6str) po kilku świetnych występach wczoraj miał gorszy wieczór i nie tylko nie potrafił upilnować Curryego, ale także fatalnie radził sobie w ataku trafiając zaledwie 3 z 16 rzutów z gry. Na spółkę z Thabo Sefoloshą trafili tylko 1 z 10 prób za 3 i nie ma co ukrywać, że mecze back-to-back, zwłaszcza z dwoma tak wymagającymi rywalami jak Clippers i Warriors nie są marzeniem koszykarzy NBA. Dziś Thunder mają dzień odpoczynku, a w piątek kolejny wyjazd, tym razem do Sacramento. Stephen Curry (31pkt/7as/4stl) rzucił 31 punktów i choć potrzebował do tego az 27 rzutów, w tym 14 prób z dystansu (!) rozegrał udane spotkanie po obu stronach parkietu. Na spółkę z Davidem Lee (22pkt/12zb) byli nie do powstrzymania, a sukces uzupełnili Klay Thompson (19pkt) i fenomenalny tego wieczoru z ławki Carl Landry (20pkt/7zb). Landry przy stanie 95:94 zebrał piłkę po spudłowanym przez siebie rzucie i zdobył bardzo ważne punkty dając Warriors 3-punktowe prowadzenie. Chwilę później 2 punkty zdobył Kendrick Perkins (12pkt) i na 2 minuty przed końcem mieliśmy jednopunktowe prowadzenie gospodarzy. Po tym jak Jarret Jack i Kevin Durant wymienili się punktami, znakomitą akcją popisał się duet Curry-Lee. Po asyscie playmakera Warriors, Lee trafił spod kosza zdobywając najważniejsze punkty spotkania i na jego szczęście kroki w następnej akcji nie przełożyły się na punkty dla Thunder. Po 3 z rzędu porażkach Warriors wygrali trzy kolejne mecze, a ich kibice zapomnieli już o słabszej grze przeciwko Heat i Spurs. Trzeba przyznać, że mało kto w NBA miał tak trudny terminarz w styczniu i bilans 6-6 jest w tym przypadku całkiem niezłym osiągnięciem dla podopiecznych Marka Jacksona. Teraz Warriors wyruszają na 4-meczową serię na wschodzie, a okazję do rewanżu Thunder będą mieli 6 lutego.