Battle: Los Angeles - część druga

Dodano: 5 stycznia 2013 13:37
Battle: Los Angeles - część druga
Grzegorz Kordylas, Informacja własna
Obraz własny

Odkąd Chris Paul dołączył do Clippers, każdy pojedynek w Staples Center między drużynami z Miasta Aniołów jest jednym z najchętniej oglądanych spotkań. Nic dziwnego, bowiem nie ważne w jakiej dyspozycji znajdują się oba teamy, zawsze możemy liczyć na to, że w derbach LA zostawią serce na parkiecie. 

Wczoraj, to, co przez większą część wieczoru było jednostronnym widowiskiem, przerodziło się w znakomitą końcówkę, choć Lakers nie wykorzystali szansy, jaką sami sobie stworzyli. Nie prowadzili w tym meczu nawet przez chwilę, a w drugiej kwarcie pozwolili rywalom odejść na 18 punktów.

Pierwsza część spotkania to popis Chrisa Paula, który 7 ze swoich 13 asyst rozdał w ciągu pierwszych 12 minut. Fenomenalna dyspozycja CP3 była kluczem w tym spotkaniu, zarówno na początku, jak i w samej końcówce. Po stronie Lakers od początku mało aktywny Kobe (38pkt/5stl), za to Dwight Howard (21pkt/15zb) świetnie radził sobie z DeAndre Jordanem i rozegrał jedno z najlepszych spotkań w barwach Lakers. W całej swojej historii Clippers tylko raz wygrali serię z Lakers w sezonie regularnym, na przełomie 92/93. Teraz są tego bliżej niż kiedykolwiek, a wczoraj to, co zagrali od pierwszych minut można spokojnie nazwać dominacją. Blake Griffin (24pkt) to kolejny powód, dla którego maszyna Lob City prosperuje znakomicie. Wczoraj Lakers mieli ogromne problemy z bronieniem pick&rolli przeciwko dwójce Griffin-Paul, a także po raz kolejny gubili się w bronieniu kontrataków. Pod wodzą Mike'a D'Antoniego ofensywa wygląda dużo lepiej niż za czasów Browna, jednak nadal to obrona jest największym mankamentem drużyny. Początek drugiej kwarty w wykonaniu Clippers to potwierdzenie tego, że mają najlepszą ławkę w lidze. Wczoraj musieli radzić sobie bez kontuzjowanego Jamala Crawforda, jednak znakomite zawody zagrali pozostali rezerwowi. Matt Barnes rozgrywa kapitalny sezon i jest dużym wzmocnieniem z ławki, podobnie jak Lamar Odom, który po fatalnym sezonie w Dallas wydaje się przeżywać drugą młodość w swoim nowym-starym klubie. Nie da się jednak ocenić wkładu w grę zespołu Erica Bledsoe. Rozgrywający Kentucky, w swoim 3. sezonie gry zarówno na atakowanej jak i, przede wszystkim, bronionej stronie parkietu jest dla Clippers na wagę złota. Wczoraj ta trójka rzuciła w sumie 25 punktów, a swoje zrobił także Ronny Turiaf, który przez problemy z faulami Griffina i Jordana zmuszony był bronić Dwighta i poradził sobie z tym znakomicie. Jeszcze na 10 minut przed końcem Clippers prowadzili 19 punktami i wydawało się, że nic nie jest w stanie im zagrozić. Lakers prowadzeni przez Steve'a Nasha (12pkt/10as), co raz bardziej przypominającego siebie z Phoenix i Kobego, stać było na run 24:7, zwłaszcza dzięki kapitalnej skuteczności na linii osobistych. Bryant po raz kolejny pokazał, że mimo upływu lat wciąż jest jednym z 3 najlepszych ofensywnie graczy w NBA i trafiał doprawdy niesamowite rzuty nad każdym obrońcą. 2 punkty straty i publika, już sprawiedliwie podzielona na pół dopingowała każdą drużynę z całych sił, ale tylko jedna strona miała swojego bohatera. Cichy przez całą 4. kwartę Paul powrócił w wielkim stylu, najpierw rozgrywając akcję, która okazała się kluczowa dla losów meczu, a potem trafiając jumper nad Kobem Bryantem. Dlaczego to pierwsza z nich była kluczowa? Ano dlatego, że nie tylko przełamała fatalną passę ponad 3 minut bez zdobyczy punktowej, ale przede wszystkim CP3 wymusił faul na Howardzie, który wykluczył Dwighta z gry. Na parkiet powrócił więc Pau Gasol, rozgrywający fatalne spotkanie, które zakończył z dwoma punktami na koncie. Paul, który na chwilę obecną jest dla mnie faworytem do nagrody MVP rzucił 8 ostatnich punktów dla Clippers i ustalił wynik spotkania na 107:102.

 

Vinny Del Negro prawdopodobnie nie spodziewał się, że kiedykolwiek będzie miał w rękach zespół z takim potencjałem. Choć ominąłem Clippers w zestawieniu faworytów do zagrożenia Miami Heat i nadal uważam, że nie jest to drużyna mistrzowska, co raz bardziej udowadniają całemu światu, że mają wszystko czego potrzeba, by stać się czołową drużyną ligii. Chris Paul wzniósł drużynę na inny poziom, natomiast ławka rezerwowych czasami bywa silniejsza niż pierwsza piątka przeciwników. Co najważniejsze jednak, sami zawodnicy przyznają, że nie chodzi tu już o dominację w Mieście Aniołów, ale o mierzenie co raz wyżej. Prawdziwy sprawdzian przyjdzie wiosną, a pytanie brzmi, czy Los Angeles Clippers są w stanie wygrać serię ze Spurs lub Thunder? Najchętniej na początek zobaczyłbym serię przeciwko Lakers, bowiem towarzyszyłaby jej atmosfera godna finałów.

Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp