Co raz więcej wątpliwości w Bostonie
Przed sezonem obecny skład Celtics wymieniany był jako jeden z faworytów do zagrożenia Miami Heat. Nic dziwnego, w końcu w poprzednich rozgrywkach C's nieoczekiwanie dotarli do finałów konferencji gdzie sprawili wiele kłopotów późniejszym mistrzom NBA.Ten sezon ani trochę nie przypomina Play Offs z 2012. roku. Wczoraj podopieczni Doca Riversa polegli po raz 4. z rzędu i sprawy wcale nie mają się dobrze w Massachusetts.
Grizzlies - Celtics 93:83
Tony Allen powrócił na stare śmieci i znów był nieoceniony po bronionej stronie parkietu. Oprócz tego miał też 15 punktów (najwięcej w sezonie) i widać, że potyczki ze starymi przyjaciółmi, z którymi zdobył mistrzostwo służą mu jak żadne inne. Grizzlies od początku nadawali ton temu przedstawieniu, jednak dzięki Paulowi Piercowi (17pkt/7zb), który miał znakomitą pierwszą połowę, C's przed końcem pierwszej kwarty zdołali wyjść na prowadzenie. Pierce po pierwszych 24 minutach miał na koncie 15 oczek, zaliczył jednak fatalną część meczu i naprawdę trudno stwierdzić, czy Boston gorzej wygląda w ataku, czy obronie. Rajon Rondo (11pkt/10as) póki co jest jednym z największych rozczarowań tego sezonu. W ostatnich 4 spotkaniach (nie grał przeciwko GS Warriors) notuje średnio 10.5 punkta i 7.8 asysty na mecz, co jak na jego możliwości jest wynikiem bardzo marnym. Wczoraj Rajon oddał 4 rzuty zza łuku, z których większość ledwo otarła się o obręcz.Zielonym brakuje przede wszystkim agresywności, Kobe skarżył się, że Lakers są starą drużyną, ale to Celtics wyglądają obecnie dużo gorzej. Jedyną dobrą wiadomością dla klubu jest powrót Averego Bradleya, który wczoraj pojawił się na parkiecie po raz pierwszy w tym sezonie. Bradley zmagał się z kontuzjami ramion, wczoraj w ciągu 20 minut rzucił 4 punkty, miał za to kilka świetnych akcji w obronie, gdzie jest najbardziej potrzebny. Grizzlies, po tym jak przegrali 3 razy w 4 poprzednich pojedynkach, wczoraj wyszli na parkiet bardzo skupieni, znakomicie powstrzymując gospodarzy w obronie na przełomie pierwszej i drugiej połowy. W drugiej i trzeciej kwarcie Celtics rzucili w sumie zaledwie 33 punkty. Świetny występ zaliczyli Mike Conley (23pkt/9as) i Rudy Gay (19pkt/6zb/5as), który był clutch zwłaszcza w ostatniej części meczu, gdy Celtics zbliżyli się na pięć punktów. Lionel Hollins miał także pożytek z ławki rezerwowych, Marreese Speights i Darrell Arthur rzucili po 10 punktów trafiając w sumie 8 z 13 prób. Wyręczyli tym samym w ataku parę Gasol-Randolph, która zdobyła wczoraj w sumie 11 punktów i 15 zbiórek. Grizzlies prowadzili 9 punktami do przerwy, a 4. kwartę rozpoczynali z prowadzeniem 75:59. Po punktach Speightsa mieliśmy 18-punktowe prowadzenie, jednak Celtics pod wodzą Kevina Garnetta stać było na run 17-4 i po dwóch celnych trójkach Jasona Terry'ego mieliśmy na tablicy wyników 83:78 dla gości. Jeszcze na 3 minuty przed końcem KG mógł znów zmniejszyć stratę do pięciu punktów, spudłował jednak oba osobiste, a chwilę później bezbłędni z linii byli gracze z Memphis. Po zupełnie nieudanej serii wyjazdowej na zachodzie Celtics wrócili do siebie i rozegrali równie nieudane spotkanie. Doc Rivers ma o czym myśleć, jego drużyna jest najgorzej zbierającym teamem w lidze, jest także w drugiej dziesiątce pod względem punktów zdobytych i traconych (odpowiednio 18. i 17. miejsce). Przed nimi 3 bardzo trudne spotkania z Pacers, Hawks i Knicks i może to być ostatni dzwonek dla drużyny z Beantown, zanim na dobre zadomowią się poniżej 8. miejsca w tabeli wschodu.