Postawione na głowie, czyli regulaminowe sposoby na promowanie polskich koszykarzy

Dodano: 30 grudnia 2012 13:55
Postawione na głowie, czyli regulaminowe sposoby na promowanie polskich koszykarzy
Oskar Struk, Informacja własna
WikiMedia

Najlepszym sposobem na promowanie każdej dyscypliny sportu są sukcesy reprezentacji, dobitnie pokazują to przykłady siatkarzy i piłkarzy ręcznych, którzy po osiągnięciu sukcesu napędzili koniunkturę na swoją dyscyplinę.

Podobny "bum” na koszykówkę przeżyliśmy w latach dziewięćdziesiątych, gdy reprezentacja Eugeniusza Kijewskiego zajęła w mistrzostwach Europy w Hiszpanii wysokie siódme miejsce.

Następnie wraz z ułatwieniami w zatrudnianiu graczy zagranicznych Polską ligę opanowała „fala” obcokrajowców, których angaż miał spowodować podnoszenie poziomu ligi. Jednak trenerzy woleli zatrudniać graczy poleconych przez agentów ,których często nie mieli okazji zobaczyć w akcji na żywo. Efekt był taki, że zawodnik nie był przygotowany do realiów polskiej ligi i zabierał miejsce w rotacji polskim koszykarzom.

Gdy Polska otrzymała organizacje EuroBasketu władze związku chciały stworzyć regulacje, które będą służyć promowaniu polskich koszykarzy i pomogą w tworzeniu silnej reprezentacji. Wynik Polaków na w tej imprezie mocno zweryfikował słuszność tego pomysłu. Mistrzostwa się skończyły, a regulacje pozostały. Konieczność przebywania dwóch polaków na boisku przez cały mecz przyniósł efekt inny od zamierzonego. Grupa dobrych polskich graczy znacznie zwiększyła własne oczekiwania finansowe, wiedząc że będą stanowili o sile czołowych klubów. Gdy kluby utytułowane podbijały cenę by zatrudnić kogoś z wąskiej grup reprezentantów, słabsze kluby musiały zatrudnić graczy, których poziom sportowy często nie predysponował do gry na poziomie Ekstraklasy.

Młodzi gracze, którzy osiągnęli największy sukces ostatnich lat w swojej kategorii wiekowej, jakim było zdobycie Wicemistrzostwa do lat 17 w Hamburgu zaistnieli na poziomie PLK nie ze względu na wymogi regulaminowe a umiejętności i szanse rozwoju. W tym miejscu dochodzimy do sedna problemu ,że nie paszport ,a umiejętności sportowe powinny stanowić kryterium oceny przydatności gracza do drużyny.

Jacy polscy koszykarze w ostatnich latach zaistnieli na arenie międzynarodowej? Wszyscy zapewne wymienią nazwisko naszego „jedynaka” w NBA - Marcina Gortata, pragnę, jednak zauważyć że Łodzianin swoją przygodę z profesjonalną koszykówką rozpoczynał w Niemczech, ,czyli de facto nie miał do czynienia z „polskim systemem szkolenia”

Przytoczone przykłady pokazują,.że włodarze Polskiej koszykówki wprowadzając owe obostrzenia poszli nieco „na skróty” ,nakazując prezesom klubów zatrudnianie określoną liczbę rodzimych graczy nie dbając o ich odpowiedni poziom sportowy.

Jak być może nie wszyscy miłośnicy basketu pamiętają jedynym z inicjatorów wprowadzenia regulacji co do ilości polaków na parkiecie był ówczesny prezes Anwilu Włocławek - Zbigniew Polatowski, którego motywacje bynajmniej nie miały na celu dbanie o dobro reprezentacji. Uznał on, że będzie to doskonały sposób na osłabienie siły odwiecznego rywala z Sopotu, który swój skład w dużej mierze tworzył w oparciu o graczy zagranicznych. Tego typu osobiste powódki nie powinny być podstawą do wpływania na kształt ligi.

Podsumowując władze Ligi zamiast wprowadzać nakaz zatrudniania rodzimych graczy, powinny stworzyć jednolity system szkolenia, a na to potrzeba czasu pomysłu i pomiędzy. Jednak na pewno warto te koszty ponieść, aby za kilka lat dostarczyć do ligi takich polskich graczy, których poziom sportowy zachęci do zatrudniania przez kluby a reprezentacja dzięki temu odzyska należny jej szacunek.

Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp