Lakers po raz piąty
Po raz pierwszy od wielu, wielu dni, Los Angeles Lakers dotarli do granicy 0.500. Zrobili to w święta i 25. grudnia wspominany będzie dużo lepiej w Los Angeles, aniżeli w Nowym Jorku. Po porażce Nets i przed zwycięstwem Clippers, bitwa dwóch najważniejszych miast w USA elektryzowała cały koszykarski świat. Pojedynek dwóch najlepszych strzelców w lidze zakończył się remisem, ale ostatnie słowo należało do Black Mamby i jego kompanów, którzy w 4. kwarcie odrobili straty i nie dali sobie wydrzeć zwycięstwa już do końca meczu.
Ostatnim razem, gdy Lakers mieli bilans 0.500 na kalendarzu widniał dzień 30. listopada, a o świętach nikt jeszcze nie myślał. Dwight Howard (14pkt/12zb) nie kryje z tego powodu radośći, a wczoraj miał okazję udowodnić, ze wciąż jest najlepszym centrem w lidze. Zadanie utrudnić miał mu nie kto inny jak Tyson Chandler (6pkt/9zb), tak więc w pomalowanym spotkało się dwóch najlepszych obrońców na pozycji środkowego w ostatnich latach. To jednak nie oni grali wczoraj główną rolę. Carmelo Anthony (34pkt/7zb) od początku spotkania czuł się jak jak więzień Metta World Peace'a (20pkt/7zb). Odkąd tylko Peace pojawił się na boisku bronił jak dawny Ron Artest i nie opuszczał Melo na krok. Anthony naderwał lewe kolano, ale ma nadzieję zagrać w środę przeciwko Phoenix Suns. Wczoraj miał jednak przed sobą jednego z najlepszych obrońców XXI wieku i bardzo trudne zadanie, z którego wywiązał się znakomicie. Eksplodował zwłaszcza w 3. kwarcie, w której rzucił 17 ze swoich 34. punktów i był nie do zatrzymania. W ostatniej części meczu dopiął swego i wymusił szósty faul na Arteście, po tym jak chwilę wczesniej z boiska za faule usunięty zosatł także Chandler. Knicks kontrolowali większą część meczu, a tempa Anthonemu dotrzymywał J.R. Smith (24pkt) . Mieli jednak duże ofensywne problemy w 4. kwarcie, wygranej przez LA 16:23. Po raz kolejny różnicę zrobił Steve Nash (16pkt/11as/6zb) trafiający ważne rzuty i kreujący świetne pozycje swoim partnerom. Oprócz World Peace'a ława Lakers nie istniała, jednak każdy ze starterów (oprócz Morrisa, który grał 7 minut) spełnił swoje zadanie. Kibice w Staples Center znów pokochali Pau Gasola (13pkt/8zb), który wygral dla Lakers spotkanie wsadzając piłkę nad obrońcami Knicks. Po raz kolejny problemy ze skutecznością miał Raymond Felton (10pkt, 5/19), a ofensywnie oprócz Melo i Smitha nie istniał w drużynie gości właściwie nikt. Lakers powoli zaczynają układać się w jedną całość, choć oczywiście nadal najważniejszą częścią układanki jest Kobe Bryant (34pkt), który wczoraj stał się najlepiej punktującym zawodnikiem w historii Christmas Days, wyprzedzając Oscara Robertsona. Bryant trafiał ważne rzuty w osatniej części meczu, jednak końcówka należała do tria Gasol-Howard-Nash. D12 był wczoraj świetnie dysponowany na linii (6/9), trafiając dwa bardzo ważne osobiste na 2 minuty przed końcem spotkania. Nadzieję Knicks dał Smith trafiając trójkę na 94:96, jednak w ostatniej minucie spudłował dwie kolejne próby, będąc jedynym graczem gości, który oddał w tym czasie rzuty. Carmelo oddał zaledwie jeden rzut z gry w ciągu ostatnich 6 minut meczu. Mike D'Antoni jest z nowym klubem 9-9 i ma teraz nieco mniej powodów do zmartwień. Mike Woodson i Knicks zostali wyprzedzeni przez Heat w tabeli, ale miejsce w czołowej dwójce mają póki co pewne. W ostatnich 10 potyczkach przegrali jednak 4 razy i muszą mieć się na baczności. Lakers dzieli jedna wygrana, by mieć identyczny bilans jak Utah, Denver i Minnesota.