Steve Nash wrócił i był Stevem Nashem
Houston Rockets przejechali się po Memphis, Miami Heat rozstrzelali u siebie Utah Jazz, a my wciąż mieliśmy powody by czuć niedosyt. Nic dziwnego, prawdziwą wisienką na torcie wczorajszej nocy było ostatnie spotkanie, w którym w derbach Kalifornii rewelacja z Oakland podejmowała Lakers.Do składu Mike'a D'Antoniego wrócił dwukrotny MVP ligi i od razu widać było różnicę. Nash nie tylko ułatwiał kolegom zdobywanie punktów, ale przede wszystkim był nieomylny w najważniejszych momentach meczu, a Lakers wygrali po dogrywce 118:115.
W pierwszym od prawie dwóch miesięcy występie Nash zebrał 12 punktów i 9 asyst, a jego obecność na parkiecie świetnie wpłynęła na ofensywę Lakers. Kanadyjczyk kilkakrotnie pokazał, że wciąż jest czołowym rozgrywającym NBA, a jego kreowanie gry doprowadziło do wielu łatwych punktów, czyli tego, czego Lakers niewątpliwie brakowało. Swoje dodał oczywiście Kobe (34pkt/10zb), z jednym tylko ale - oddał aż 41(!) rzutów, trafiając 16 z nich. I choć kilka okazało się kluczowych, jest to zdecydowanie zbyt dużo prób jak na jednego zawodnika, chyba że rzuca akurat 81 punktów w meczu. Taki jednak urok Steve'a, który raz za razem kreował pozycje dla Black Mamby. Nash spędził na parkiecie 41 minut. I choć ofensywa Lakers wydawała się wczoraj dużo bardziej produktywna, o tyle broniona strona parkietu wciąż pozostaje problemem dla podopiecznych, notabene, Mike'a D'Antoniego. Aż trzech graczy Warriors rzuciło wczoarj przynajmniej 20 punktów, a kapitalne spotkanie rozegrał Jarrett Jack (29pkt/11as), który miał wczoraj najwięcej zimnej krwi na boisku i to w jego ręce Warriors oddawali najważniejsze rzuty w regulaminowym czasie gry. Jack wyrównał stan spotkania na 14 sekund przed jego końcem znakomitym rzutem z dalekiego półdystansu, na co Lakers nie mieli odpowiedzi, ponieważ Bryant spudłował rzut z podobnej odległości i ponad 19000 kibiców w ORACLE Arena czekało na dogrywkę. Od stanu 103:102 dla Lakers, Jarret Jack zaliczył 2 asysty i właśnie wspominany wcześniej rzut, mając udział w każdym z 6 ostatnich punktów drużyny. Doliczony czas gry nie rozpoczął się dobrze dla Warriors, Dwight Howard (11pkt/6zb) i Kobe szybko rzucili pierwsze punkty, chwilę później po dwóch kolejnych trafionych rzutach Kobego i odpowiedzi Warriors było 116:112, a po spudłowanym przez Stephena Curry'ego (20pkt/7as) rzucie za 3 wydawało się, że już po meczu. Po raz kolejny spudłował jednak Bryant (3/6 w dogrywce), a Curry tym razem się nie pomylił, trójka na 33 sekundy przed końcem i podopieczni Marka Jacksona dali do zrozumienia, że nie chcą tak łatwo oddawać tego meczu. Na ich nieszczęście, Steve Nash miał inne wyobrażenie swojego powrotu i trafił z półdystansu nad obrońcami gospodarzy, ustalając wynik spotkanai i odnosząc pierwsze zwycięstwo w barwach Lakers. Kto by pomyślał, że będzie potrzebował na to ponad 2 miesiące. Samo spotkanie było zdecydowanie najlepszym wczorajszej noc, nieczęsto również zdarza się, że w ostatnich minutach oglądamy taką skuteczność i kapitalnie rozegrane akcje. Mecz stał na naprawdę wysokim poziomie, Lakers udowodnili, że powoli nabierają odpowiedniego kształtu, a Warriors, że ich dyspozycja to nie przypadek. Mark Jackson wykonuje kawał dobrej roboty w tym klubie i na tę chwilę jest dla mnie faworytem do nagrody Coach of the Year. David Lee (20pkt/11zb) zagrał kolejne świetne spotkanie i jak nikt zasługuje na występ w All Star Game. Po stronie LA znów średni występ Gasola (9pkt/10zb), za to z ławki świetnie spisał się Metta World Peace, który zakończył mecz z 20 punktami (3/6 za 3).