Co raz cieplej w Oakland

Dodano: 11 grudnia 2012 14:10
Co raz cieplej w Oakland
Grzegorz Kordylas, Informacja własna
MediaWiki

Golden State Warriors nie zaznali smaku Play Offs od 2007 roku. Trzeba przyznać, że od tamtej pory, po 21 meczach sezonu nigdy nie byli bliżej sukcesu niż teraz. Podopieczni Marka Jacksona mogą poszczycić się bilansem 14-7, a kolejnymi zwycięstwami udowadniają, że nie ma tu mowy o przypadku.Wczoraj pokonali na wyjeździe będących w kryzysie Charlotte Bobcats. Było to 8 zwycięstwo na wyjeździe w tym sezonie dla Warriors. W rozgrywkach 2011/2012 mieli ich w sumie 11. W ostatnim pełnym sezonie, czyli 2 lata temu - 10. 

Nie da się ukryć, że żywię do Warriors ogromną sympatię, jednak jeszcze kilka miesięcy temu nadzieję na sukces widziałem w osobie Monty Ellisa. Po odejściu największej gwiazdy wydawało się, że to Milwaukee Bucks staną się dużo lepszym zespołem, a początek sezonu nawet to potwierdzał. Teraz to jednak Warriors są na ustach wszystkich i nie ma lepszego sposobu by rozpocząć szaleństwo w Oakland, niż pokonanie Heat w środę (01:30 naszego czasu). Steph Curry rzucił dziś Bobcats 27 punktów i jest to ósme spotkanie z rzędu, w którym wychowanek uczelni Davidson zdobywa ponad 20 oczek. Wczoraj dołożył do tego 7 zbiórek i 7 asyst, a w ostatnich 5 meczach notuje średnio 24.8pkt i 7.6 asysty. Sam przyznaje, że pod względem fizycznym czuje się tak, jak w swoim debiutanckim sezonie. Ostatnie rozgrywki kosztowały go wiele zdrowia, a przez kontuzję kostki opuscił ostatnie 28 spotkań sezonu 2011/2012, czyli prawie połowę. Jego skutecznośc poszła nieco w dół (43% z gry i za 3), oddaje on jednak średnio aż 4 rzuty na mecz więcej niż sezon wcześniej. Jego dyspozycja oraz wyniki drużyny, która wygrała 7 z 8 ostatnich spotkań sprawiają, że Curry może liczyć się w wyścigu po nagrodę MVP i jeśli tylko Warriors nie zwolnią tempa, z pewnością zakończy ten wyścig w pierwszej dziesiątce. Oczywiście do tego jeszcze bardzo długa droga. Idźmy dalej, Curry nie jest jedynym zawodnikiem, który ma wpływ na obecną dyspozycję zespołu. Średnio 24 punkty i 12,5 zbiórki w pięciu ostatnich spotkaniach. Nie, to nie statystyki Dwighta Howarda, Zacha Randolpha ani Kevina Love. David Lee w ostatnich dniach jest nie do powstrzymania i jak mało kto zasługuje na miejsce w składzie All-Star. W piątek wykręcił niesamowite 30/15 przeciwko Brooklyn Nets w Barclays Center, by dzień później rozmontować obronę Wizards liczbami 24/17. Lee gra jak za najlepszych czasów w New York Knicks, gdy nikt nie słyszał jeszcze o przyjściu Carmelo Anthonego i Linsanity. W sezonie 2009/2010 Lee jako Knickerbocker notował średnio 20/11. Duet Curry-Lee jest póki co rewelacją tego sezonu, a kibice Warriors wreszcie mogą przekonać się co to znaczy zdrowie. Nieoceniony jest też wkład z ławki Carla Landryego, który notuje w tym sezonie średnio 13pkt/7zb na mecz. Landry kapitalnie wspomaga Davida Lee na deskach i pod nieobecność Andrew Boguta jest drugim zbierającym drużyny. Czy Warriors stracili coś ze skuteczności po odejściu Monta Ellisa? Przeciwnie. Klay Thompson, choć wciąż nieregularny, potrafi dać z siebie wszystko na parkiecie i z zimną krwią zdobywać punkty przeciwko każdej defensywie w lidze. Wciąż zdarzają mu się gorsze mecze, jak ten przeciwko Magic (8kpt), w tym sezonie potrafił jednak wspiąć się naprawdę wysoko, 8 razy rzucając ponad 20 punktów w meczu. Nieźle, jak na drugoroczniaka, o którym przed przyjściem do NBA mało kto słyszał. Trener Mark Jackson może być z siebie naprawdę dumny. Zwycięstwa jego drużyny nie są dziełem przypadku, przed nimi jednak jeszcze wiele pracy, jeśli chcą pozostać w grze wiosną. Przed nimi jeszcze 3 spotkania z 7-meczowej serii wyjazdowej, którą rozpoczęli od czterech zwycięstw. Naprawdę ciężki terminarz czeka na nich jednak w nowym roku i właśnie wtedy okaże się, czy Wojownicy są w stanie grać o najwyższe stawki. 

Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp