Pau so hard Kobe Bryant wanna pass me
Chris Webber w studio NBA TV słusznie zauważył, że działacze Orlando Magic oglądając to spotkanie załamywali ręce z myślą ile Brook Lopez mógłby wnieść do ich drużyny, gdyby wymienili go za Dwighta. Pojedynek obu centrów był wisienką na torcie, a samo spotkanie należało do bardzo zaciętych.Aż 16 razy na tablicy wyników widniał remis, i choć Deron Williams w ostatnich akcjach dwoił się i troił by uratować zwycięstwo, to Kobe Bryant pokazał najwięcej zimnej krwi, ustalając wynik z linii rzutów osobistych.
Nets - Lakers 90:95
Kobe był 6/6 z linii w ostatnich 18 sekundach (!) meczu, choć tak naprawdę najważniejsze były rzuty oddawane na 4 sekundy przed końcem. Presja ? Nie dla 5-krotnego mistrza, przed wypuszczeniem piłki z rąk Bryant wdał się w dyskusję z Gerardem Wallace'm, który najwyraźniej zakwestionował ilośc zimnej krwi swojego rywala. Chwilę później, szybko tego pożałował. Deron Williams (22pkt/10as) był świetnym dowódcą dla Nets, raził niestety nieskutecznością i razem z Joe Johnsonem (14pkt/6as) trafili zaledwie 12 z 34 oddanych rzutów. Cały zespół z Brooklynu rzucał na słabej, 41% skuteczności co odbiło się na nich w końcówce - przez ostatnie 3 minuty Nets trafili jeden rzut z gry, a Lakers skończyli mecz runem 11:4. Początek spotkania to eksplozja energii gospodarzy, a wszystkiemu przodował Pau Gasol (17pkt/11zb/7as), który pełni rolę pośrednika między Black Mambą, a Howardem (23pkt/15zb). Przy wszystkich indywidualnych popisach zarówno Bryanta jak i D12, ogromną robotę wykonuje Hiszpan, który jest w centrum współpracy całej trójki. Trzeba przyznać, ze Mike D'Antoni ma kim grać, bowiem cała trójka na boisku wygląda co raz lepiej, nie tylko jako zbiór indywidualności, ale przede wszystkim drużyna. Po dojściu do składu Steve'a Nasha powinno być tylko lepiej, póki co, Darius Morris nie jest gotowy do gry przeciwko najlepszym PG tej ligi, a wczoraj najlepszym asystującym w drużynie z L.A. był właśnie Gasol. Po 3,5 minutach gry mieliśmy już 10:0 dla gospodarzy, jednak Nets wzięli się do roboty, a Dwight Howard mógł z podziwem patrzeć, jak Brook Lopez (23pkt/7zb) żartuje sobie z obrony Lakers trafiając rzuty z półdystansu, haki i wsadzając piłkę do kosza. Lopez zdobył 12 punktów w samej pierwszej kwarcie zachwycając skutecznością z 5-6 metra,. Jego rzut bez wyskoku jest jedną z najciekawszych broni w NBA, bowiem łatwo wzbić przeciwnika w powietrze markując rzut, a także w drugą stronę - oddać rzut, gdy obronca spodziewa się tego najmniej. Całe spotkanie to ciągła zmiana prowadzenia i walka o każdy punkt, z iście hollywoodzkim happy endem dla kibiców w Staples Center. Gerald Wallace podczas 30 minut na parkiecie wydawać by się mogło, że był dosłownie wszędzie. 5 przechwytów, 3 bloki i szkoda tylko, że tak jak reszta rużyny oprócz Lopeza, był strasznie nieskuteczny. Na uwagę zasługuje też występ Reggiego Evansa, który w 19 minut zebrał 11 piłek. Ot, kolejny dzień w pracy dla Reggiego. I choć można się kłócić, czy faul Humphriesa na Kobem w ostatnich sekundach rzeczywiście był, trzeba przyznać, że Lakers wyglądają co raz lepiej i tylko kwestią czasu jest, żeby znów znaleźli się w czołówce tabeli zachodu. Jeśli wszystko pójdzie w dobrym kierunku, trio Bryant-Gasol-Howard może być drugą najlepszą Wielką Trójką w lidze.