Przedsezonowa analiza - Miami Heat
Po 9 latach rządzenia na parkietach najlepszej ligi świata, jej największa gwiazda wreszcie rozpoczyna sezon, jako mistrz. To, co nie udało się w pierwszym sezonie wielkiej trójki, w drugim było praktycznie formalnością, choć nie przyszło łatwo.
Teraz Miami Heat mają dwa wyjścia – albo zostaną zdegradowani przez inny zespół i będą pośmiewiskiem ligi, albo zdominują ją na najbliższe lata.
Czy skład w którym Heat zdobyli mistrzostwo może być jeszcze lepszy? Pat Riley nie widział w tym problemu. Od lat znany jest jako znakomity strateg i geniusz w swojej dziedzinie. Który inny prezydent klubu NBA zdołałby przyciągnąć do siebie takie gwiazdy jak Lebron James czy Chris Bosh, i nie poprzestać na tym?
Podczas minionego offseason bez szans pozostali ich najwięksi rywale ze wschodu – Boston Celtics. Ray Allen nie potrafił oprzeć się magii Miami i został członkiem broniącego tytuły składu, nawet kosztem niższych zarobków niż w stolicy stanu Massachusetts. Pozyskano również innego znakomitego strzelca, choć już nie tak skutecznego jak chociażby kilka lat temu w Orlando – Rasharda Lewisa. Ta dwójka ma wzmocnić i tak znakomity atak Heat, zwłaszcza strasząc rzutami zza linii. W zeszłym sezonie zespół z Florydy notował i tak niezłe 36% zza łuku, mając w składzie takich specjalistów jak James Jones czy Mike Miller, dodając do tego jednak dwóch kolejnych snajperów, nie tylko będą mogli liczyć na więcej punktów z ,"trójek", ale także na łatwiejsze penetracje w wykonaniu Lebrona czy Wade'a.
Heat mają wiele broni, którymi mogą męczyć przeciwników przez pełne 48 minut. Sam Lebron, który jest jedynym zawodnikiem w lidze mogącym występować na wszystkich pięciu pozycjach, jest siłą, której żaden inny zespół w lidze nie posiada. Notując absolutnie historyczny statystycznie sezon, zdobywając statuetki MVP sezonu regularnego, a także, upragnione MVP finałów, James udowodnił wszystkim niedowiarkom, że jest najlepszym graczem w lidze. I choć w ostatnich latach pojawił się ktoś, kto depcze mu po piętach grając z 35 numerem w Oklahomie, poprzednie finały pokazały, że wciąż daleko mu do poziomu jaki prezentuje 28 latek z Ohio. Wydaje się, że Lebron jest zawodnikiem doskonałym, a jednak on w każdym sezonie powraca jeszcze lepszy i wciąż się rozwija. Jeden z najmniej samolubnych graczy, świetny podający, który mimo tego zdobywa ponad 27 punktów na mecz, często prowadząc drużynę do zwycięstwa praktycznie w pojedynkę, tak jak miało to miejsce w meczu nr 6 finałów konferencji w TD Garden. Najwyraźniej ma za sobą także domniemane problemy z braniem na siebie odpowiedzialności, co dotychczas było głównym argumentem jego przeciwników, czy jest więc coś, czym można go spowolnić? Z pewnością jedną z tych rzeczy jest zatrzymanie pozostałych zawodników Heat. To zadanie będzie jednak tak samo trudne.
O dwóch kolejnych członkach wielkiej trójki można byłoby napisać 2 oddzielne artykuły. Dwayne Wade oddał pałeczkę przywódcy młodszemu koledze, nie zrezygnował jednak z bycia Go-to-guyem w końcówkach wielu spotkań. W sezonie regularnym rzutem w ostatniej sekundzie pokonał m.in. Indianę, w Play Offs zaliczał mecze ofensywnie doskonałe. Widoczny był jednak również mały spadek formy i zarzuty, że potrafi rozegrać na najwyższym poziomie tylko jedną połowę w meczu. Z czasem jednak wszystkie ucichły, a Wade robił swoje, prowadząc wraz z Lebronem Heat do mistrzostwa. W swoim 10 sezonie gry Dwayne będzie starał się przede wszystkim poprawić skuteczność. W minionym sezonie notował ,,zaledwie" 22.1 punktu na mecz, najmniej od sezonu debiutanckiego. Drużynie oczywiście wyszło to na dobre i nikt tak naprawdę nie zwrócił na to uwagi, zdarzały się jednak spotkania w których Flash raził nieskutecznością. Największym mankamentem jego gry wciąż pozostaje rzut zza łuku, z którego mimo zaledwie 29% skuteczności 30-letni juz zawodnik nie rezygnuje. W sezonie 2011/2012 rzucał najsłabsze od 5 lat 27% i jest to z pewnością jeden z elementów nad którymi Wade albo musi popracować, albo ograniczyć.Ile Chris Bosh znaczy dla Heat najlepiej można było przekonać się w 7 meczu potyczki z Celtics. Wracając do składu po kontuzji zmienił oblicze drużyny i znacznie ułatwił grę swoim kolegom. Bosh mimo 6 nominacji do meczu gwiazd wciąż pozostaje niedoceniany. Wielu fanów koszykówki nie traktuje go jako członka wielkiej trójki Miami, zapominając często o tym, jak wielkim był zawodnikiem będąc franchise-playerem w Toronto. Obecnie zdobywa chyba najbardziej niezauważalne 18 punktów na mecz w lidze a podczas ostatnich Play Offs zadziwiał skutecznością za 3 w ważnych momentach. Wielce prawdopodobne, że większą część sezonu spędzi na pozycji centra, co wcale go nie ogranicza. Nawet w walce z najwyższymi tej ligi dysponuje on świetnym repertuarem zagrań w ataku, choć popełnia czasami rażące błędy w obronie. Z pewnością jednak zasługuje na to, by stawiać go w jednym szeregu z największymi gwiazdami ligi.
Jednak to nie Bosh, Wade czy James poczynili największe postępy od czasu powstania Big 3 w Miami. Momentami podczas rozgrywek posezonowych największe cojones pokazywał rozgrywający Mario Chalmers. Wychowanek Kansas zadziwiał dojrzałością, penetracjami i wyczuciem chwili w niejednym wiosennym spotkaniu. Jego znakomite jak na PG 45% z gry oraz 1,5 przechwytu na mecz zrobiły z niego doskonałe uzupełnienie po obu stronach boiska. Mario w swoim dopiero 4 sezonie gry nie ustępował nawet najtwardszym rozgrywającym. Szczyt możliwości pokazał w 4 meczu finałów rzucając Thunder aż 25 punktów.
Dla każdego zawodnika pierwszego składu poprzedni sezon był jednym z najlepszych, o ile nie najlepszym w karierze. Wydawać by się mogło, że wszystko w Miami ułożyło się tak jak w najlepszym hollywoodzkim filmie o sporcie. Grając Small-ballem na pozycji centra niewątpliwie ustawiany będzie Chris Bosh, kto jednak wyjdzie na parkiet, gdy Heat potrzebować będą prawdziwego wielkoluda? Z pewnością nic się w tej kwestii nie zmieni i wciąż na prawo i lewo bloki rozdawać będzie Joel ,,MVP" Anthony. Ulubieniec kibiców z American Airlines Arena nie jest może graczem wybitnym, jest jednak typem gościa od czarnej roboty, którego wkład w zespół zauważalny jest przeważnie tylko w trudnych meczach. Z zespołu odszedł Ronny Turiaf i była to właściwie jedyna strata dla klubu z Miami. Na ławce jest jednak inny specjalista od zbiórek - Udonis Haslem. Nie sposób go nie lubić i nie szanować, i mimo tego, że kontuzja wpłynęła na jego formę, wciąż oferował pełen profesjonalizm. Jeden z najcenniejszych zawodników Heat potrafi odmienić mecz wchodząc z ławki, a po tym jak krytykowany był za brak formy w zeszłym sezonie, zaliczył kilka genialnych zagrań w decydujących momentach Post Season.
Ławka rezerwowych reprezentowana przez Mike'a Millera, Jamesa Jonesa, czy Norrisa Cole'a ma dawać zastrzyk energii i cenne punkty. Trener Spoelstra nie zawsze mógł liczyć na swoich rezerwowych, w tym sezonie ma do dyspozycji jeszcze 2 nowe nabytki. Najbardziej prawdopodobnym rozwiązaniem będzie ustawianie Shane'a Battiera na pozycji niskiego skrzydłowego rozpoczynającego większość spotkań, co czyni rezerwy Heat jeszcze mocniejszymi, bo sprawia, że z ławki wchodzić będzie także Ray Allen. To, jakie ruchy poczyni Spoelstra zależy wyłącznie od niego, i o dokładnym ustawieniu dowiemy się wraz z pierwszym jump-ballem w meczu z byłą drużyną Sugar Raya.
Niewątpliwie jednak mistrzowie NBA będą Team-to-beat w lidze i każda ich porażka będzie tak samo spektakularna jak te w poprzednich sezonach. Jako obrońcy tytuły mogą wrócić jednak jeszcze silniejsi i nawet wzmocnione Dwightem Howardem La pozostanie bez szans. Moim zdaniem mistrzostwo Wschodu to minimum co drużyna Rileya osiągnie w tym sezonie, a każdy inny wynik niż mistrzostwo będzie ogromnym rozczarowaniem. Pozostaje tylko czekać i podziwiać, bo w wielu przypadkach kibice przeciwnych drużyn nie będą mieli innego wyjścia.