Celtowie odsunęli nóż od gardła
W trzecim meczu Finałów Konferencji Wschodniej Boston Celtics pokonali Miami Heat na własnym parkiecie 101:91 i w całej serii przegrywają już tylko 1-2. Gospodarze dzięki zespołowej postawie wyeliminowali większość zagrożeń ze strony przeciwników, choć (nie)wiele brakowało im do zmarnowania 24 punktów przewagi. Kolejny świetny mecz miał LeBron James, ale tym razem to Rondo, Pierce, Garnett i "Zielona" kompania byli górą.
Czołowe trio Bostonu znów popisało się nieczęstym wyczynem: każdy z nich rzucił ponad 20 punktów. Kevin Garnett z 24 punktami (10/16FG) na koncie był najlepszym strzelcem wśród zwycięzców. Do tego dołożył 11 zbiórek. Paul Pierce dostarczył 23 punkty, 4 zbiórki, 4 asysty i 2 bloki. Mimo że nie trafiał równie często z gry (7/21), to zakrył tę słabość perfekcją na linii rzutów wolnych (7/7FT). Większość akcji Bostonu napędzał jak zwykle Rajon Rondo, który do 21 oczek dodał 10 asyst i 6 zbiórek. Gospodarze dostali też wartościowe zmiany od rezerwowych, wykorzystali też lepiej przewagę pod koszem, którą dysponowali (44-32 w zbiórkach, z czego 12-6 w ataku; w punktach z pomalowanego 58:46 dla C's).
LeBron James zakończył mecz z dorobkiem 34 punktów, 8 zbiórek, 5 asyst, 2 przechwytów i 2 bloków, ale tym razem to nie wystarczyło - żaden z jego kolegów nie osiągnął pułapu 20 zdobytych punktów - 18 oczek miał Dwyane Wade do tego 4zbiórki, 4 asysty i 2 bloki. Mario Chalmers dodał 14 (i 6 asyst) a Mike Miller 11 (plus 6 zbiórek): obaj większość z nich uzyskali w czwartej kwarcie, kiedy to Heat napędzili gospodarzom sporo strachu.
Pierwsza kwarta to koncert ofensywy. Po 12 minutach i Celtics i Heat mogli się pochwalić wyśmienitą skutecznością (odpowiednio 60% i 61,1%). Goście od samego początku podkręcali tempo do maksimum – wjeżdżali pod kosz za każdym razem, Bostończycy miewali problemy z powrotem do obrony nawet tuż po tym, jak sami zdobywali punkty. Taka taktyka dawała aktualnym mistrzom Wschodu również sporo rzutów wolnych. Gospodarze nie grali z równie szaleńczą szybkością w ataku, dobre efekty przynosiło im cierpliwe konstruowanie każdej akcji. LeBron James bardzo długo był absolutnie nie do zatrzymania, trafiał niemal wszystko, w pierwszej kwarcie rzucił 16 punktów i wyprowadził Heat na 6 oczek przewagi. Celtics nie wystawili do boju Pierce'a tak jak w Game 7 drugiej rundy w 2008 roku, tylko postawili na zespołowość: ważne rzuty trafiał nie tylko „The Truth”, ale też Kevin Garnett i Keyon Dooling (7pkt. 4zb.). Zwiększona presja w obronie pozwoliła gospodarzom zakończyć pierwszą część zdobyciem 8 punktów z rzędu i wyjść na prowadzenie 30:28.
W drugiej kwarcie, po kilku pudłach z dystansu obu drużyn, gospodarze zaczęli powiększać przewagę. Rezerwowi Celtics (w szczególności Dooling i Daniels) nie dawali wytchnienia rywalom i zaczęli wymuszać coraz więcej strat. Heat nie zdobyli ani jednego punktu przez ponad 7 minut z rzędu na przełomie ćwiartek, rzuty wolne i kolejne loby pod samą obręcz do Garnetta przynosiły Celtom łatwe punkty, a w efekcie: 9 oczek przewagi. KG czuł się tak dobrze, że po twardym faulu Haslema, który z impetem powalił go na parkiet (huk słyszeli chyba wszyscy zgromadzeni w TD Garden), tylko obrócił się i zaczął... robić pompki na kostkach. W międzyczasie „ostygł” James (1/6FG zaraz po tym, jak trafił 7 na 9), podwajany Dwyane Wade i Mario Chalmers nie byli równie efektywni co w drugim meczu. Rajon Rondo w początkowej fazie nie zdobywał punktów, tylko skupił się na asystach (7 po IIkw.). W końcówce pierwszej połowy Pierce dwukrotnie wymusił faule na „Królu” i wykorzystał rzuty wolne, co pozwoliło mu dobić do pułapu 15 punktów przed przerwą (5 więcej niż miał LBJ). Po chwili drugą trójkę z rogu w tym meczu trafił Ray Allen (10pkt. 5zb.) i Celtics schodzili do szatni prowadząc 55:42.
Na starcie trzeciej odsłony dwa faule szybko złapał Brandon Bass i z pięcioma przewinieniami na koncie usiadł na ławce. W jego miejsce wszedł Marquis Daniels (9pkt. 5zb.) i spisywał się świetnie, po obu stronach parkietu. Celtics utrzymywali wysoki poziom gry w obronie, zmuszając Heat do oddawania trudnych rzutów. Sami skutecznie szukali (z Rondo na czele) przewag w ataku i najlepszych możliwych opcji do zdobycia punktów. Odjechali na 21 punktów, przed totalnym pogromem chronił gości James, który właściwie w pojedynkę ciągnął ofensywę gości – trafiał niemal wszystko jak leci... Nie był jednak w stanie samemu odrobić strat, nie pomagała porażająca słabość Miami na linii rzutów wolnych (10/20FT w całym meczu). Ostatecznie gospodarze po 36 minutach gry prowadzili 85:63.
W czwartej kwarcie LBJ zaczął grać jako center. Pozwoliło to zdobyć Heat łatwe punkty w kilku akcjach z rzędu. Przez brak typowego podkoszowego w drużynie gości Celtics mogli częściej dostawać się pod samą obręcz. Nie wykorzystywali tego jednak należycie. Kilka niepotrzebnych strat, brak koncentracji w obronie (i Garnetta pod samym koszem), trzy celne próby z dystansu Mike'a Millera i goście ekspresowo zredukowali straty do 9 punktów na niecałe 6 minut przed końcem. Gospodarze zebrali się i starali się opanować sytuację, KG i Rondo wyrwali swój zespół ze stagnacji, jednak po akcji 2+1 Chalmersa na 3 minuty przed ostatnią syreną Heat zbliżyli się już 8 oczek. Agresywne wejścia w strefę 3 sekund w wykonaniu Pierce'a i Rondo, a także celny rzut z półdystansu Garnetta pozwoliły Celtom wrócić do 12 punktów przewagi na niecałą minutę przed końcem i po niezłej nerwówce przypieczętować jakże potrzebne zwycięstwo.