Denver Nuggets zostali w grze
Po dwóch porażkach w Staples Center, podopieczni George'a Karla przełamali się we własnej hali i pewnie pokonali Los Angeles Lakers 99:84 w trzecim meczu I rundy PO. Gospodarze skutecznie zamieniali różnorakie błędy rywali na własne punkty.
Nuggets wymusili na przeciwnikach 15 strat, sami popełnili ich tylko 7. Przechwyty (9-1), twarda walka na tablicach (54-44 dla gospodarzy, 19-13 w zbiórkach w ataku) i agresywne wejścia pod kosz (52:32 w punktach zdobytych z pola trzech sekund) zastopowały Lakers.
Już w pierwszej kwarcie gracze Bryłek wyszli na wysokie (30-14) prowadzenie. Nie zamierzali na tym poprzestać, ich przewaga wynosiła nawet 24 punkty w początkowych minutach drugiej odsłony. Znakomicie prezentowali się Ty Lawson (25pkt. 7as. 2przech.) i JaVale McGee (16pkt. 15zb. 2przech. 3 blk.), wspierany pod koszami przez Kennetha Farieda (12pkt. 15zb.). Wysocy Lakers tym razem byli słabsi od przeciwników, Jeziorowcy byli zdani na Kobego Bryanta (22pkt. 6zb. 6as. 6str.), który do przerwy rzucił 14 oczek. Wprawdzie Pau Gasol "robił swoje" (16pkt. 7zb. 4blk. 3as.), ale odbywało się to trochę "w tle" - silny skrzydłowy Lakers właściwie w żadnym momencie nie był w centrum boiskowych wydarzeń.
W trzeciej kwarcie przebudził się Andrew Bynum (18pkt. 12zb. 2blk.), który złamał nawet nos Alowi Harringtonowi (powinien zagrać w meczu nr4) w walce o zbiórkę. Tempo poprawił Ramon Sessions (15pkt. 9zb. 6as.) i Lakers zbliżyli się nawet na 4 punkty pod koniec tej części meczu. Nuggets nie podłamali się, w czwartej kwarcie nieco przed szereg wyszli Andre Miller (13pkt. 6as. 5zb.) z Danilo Gallinarim (13pkt. 6zb.) i razem z kolegami dopilnowali, by Denver mogło się cieszyć z pierwszego zwycięstwa w playoffach 2012.
Czwarty mecz, również w Pepsi Center, w nocy z niedzieli na poniedziałek (albo jak wolą inni: w poniedziałek bardzo wcześnie rano o 3:30).