Celtics zdobyli American Airlines Arena
Boston Celtics drugi raz w ciągu dziesięciu dni pokonali mistrzów Konferencji Wschodniej, Miami Heat. Tym razem "Zieloni" zwyciężyli w hali rywala, 115 do 107.
Doc Rivers skorzystał tylko z ośmiu zawodników, a w jego zespole prym wiodło pierwszopiątkowe trio z niedawnej "Wielkiej Czwórki": Paul Pierce, Rajon Rondo i Kevin Garnett.
Pierce był najlepszym strzelcem swojej drużyny, zakończył mecz z dorobkiem 27 punktów (skuteczność 8/16), zebrał też 7 piłek. Rondo tym razem nie zaliczył efektownego triple-double, ale za to rzucił 18 oczek (6/11 z gry) i kontynuuje masowe rozdawanie asyst. W rywalizacji z Heat zanotował 15 decydujących podań (co dało mu 0,2 asysty na mecz więcej od Steve'a Nasha). Natomiast Garnett grał równie aktywnie, jak za swoich najlepszych czasów: zdobył 24 punkty (11/24 z gry), dołożył do tego 9 zbiórek i 2 bloki. Ray Allen, który od niedawna wchodzi z ławki, wzbogacił dorobek zespołu o 9 oczek (2/4 za 3) i 3 asysty. Ten, który awansował do pierwszego składu, Avery Bradley, zapisał na swoim koncie 11 punktów (5 celnych z 8 prób). Double-double (12pkt. 10zb.) miał Branadon Bass.
W szeregach Heat najlepiej spisał się LeBron James: 36 punktów, 7 zbiórek i 7 asyst. Dwyane Wade zdobył 20 punktów, ale miał spore problemy ze skutecznością (9/21 z gry, 0/2 za 3). Podobnie zresztą jak Chris Bosh (13pkt. 5/13 z gry, 9zb.). W drużynie gospodarzy jedynie Mario Chalmers (18pkt. 6/9 z gry, 3/5 za 3, 3 przech.) trafił więcej niż 50% swoich prób.
To właśnie skuteczność stanowi najwyraźniejszą różnicę w pomeczowych statystykach. Celtics trafiali ponad 60% rzutów, zarówno z dystnasu (9/14, 64,3%), jak i łącznie: 43/71, 60.6%. Heat znajdowali drogę do kosza "jedynie" w 44% przypadków (39/87 z gry, 44,8%, natomiast z dystansu 8/18, 44,4%). Goście wypracowywali sobie więcej czystych pozycji, a w tym dniu potrafili trafiać również wtedy, kiedy obrona Miami nie zostawiała dużo miejsca. Gospodarzom nie pomogły tym razem zbiórki w ataku (wygrane 13-5). Co ciekawe, w walce na tablicach lepsi (40-34) okazali się Celtics, którzy zazwyczaj ustępują rywalom w zbieraniu piłek po niecelnych rzutach.
Na starcie meczu to Heat nadawali ton rywalizacji, szybko osiągnęli 6 punktów przewagi. Jednak Celtics nie dali im odjechać, do końca pierwszej kwarty to oni zaliczyli "run" 30-13 i po 12 minutach prowadzili 11 punktami. W drugiej kwarcie zwiększyli prowadzenie nawet do 18 oczek, ale i gospodarze nie zamierzali odpuszczać. Koszykarze Miami byli w stanie zdobywać punkty seriami, tylko że z reguły dość krótkimi. Na przerwę schodzili przegrywając 57:65.
Trzecia kwarta zakończyła się remisem po 24. O ile w przekroju całego meczu Bostończycy nie mieli dłuższych okresów marazmu w ataku, tak na początku ostatniej odsłony mieli mały kryzys. Garnett stracił piłkę trzy razy pod rząd (łącznie 4 straty), po chwili Greg Stiemsma zrobił do dwukrotnie i Heat natychmiast zbliżyli się na jeden punkt (88:89 na 10min. przed końcem). "Celtowie" opanowali jednak nerwy, uspokoili nieco grę i po czterech kolejnych celnych rzutach z wyskoku Garnetta z powrotem osiągnęli dwucyfrową przewagę. Heat zmniejszyli stratę do 5 oczek na niecałe 2 minuty przed ostatnią syreną, ale losy mecz w kolejnych akcjach przesądził Pierce.
Celtics (33-24) mają najlepszy bilans od przerwy na Weekend Gwiazd i mogą jeszcze powalczyć o trzecie miejsce na Wschodzie, które obecnie zajmują Indiana Pacers (35-22). Miami Heat (40-16) oddalili się od pierwszej pozycji w Konferencji, gdyż Bulls (44-14) tym razem wygrali swój mecz z walczącymi o playoffy Knicks.