Heat pobici
Fani "Żarów" przecierali oczy ze zdumienia patrząc na to, co wydarzyło się ubiegłej nocy w hali American Airlines Arena, gdy Memphis Grizzlies "przejechali" się po ich ulubieńcach łatwo odnosząc zwycięstwo 97:82.
Heat wyszli do tego meczu zbyt słabo skoncetrowani i już po pierwszej kwarcie przegrywali 12:25. Heat grali fatalnie w tym fragmencie meczu tracąc piłkę aż 10 razy, trafiali z ledwo 37% skutecznością.
Gdy "Niedźwiadki" po drugiej ćwiartce dołożyły jeszcze kolejne trzy punkty przewagi, to mecz był już ustawiony. Chwilowy zryw gospodarzy nie przyniósł jednak pożądanego skutku, gdyż świetni tego wieczoru goście karcili ekipę z Florydy rzutami z dystansu, w czym brylował niechciany nigdzie indziej Gilbert Arenas (4/5 za trzy).
Aż siedmiu zawodników gości popisało się ducyfową zdobyczą punktową, a najwięcej, bo 17 rzucił Rudy Gay. Pod koszem jak zwykle skutecznie przepychał się Zach Randolph, którego łupem padło 14 punktów i tyle samo zbiórek.
Pierwszy raz, gdy spojrzałem na tablicę wyników to prowadziliśmy już różnicą 15 punktów. Nasza obrona w początkowej fazie meczu była kluczem do zwycięstwa. Spowalnialiśmy rozgrywanie akcji co lubimy najbardziej kontrolując wtedy tempo i przyspieszaliśmy wtedy, kiedy mieliśmy na to szansę. Zagraliśmy dzisiaj bardzo dobrze. - powiedział wyraźnie uradowany coach przyjezdnych Lionel Hollins.
W drużynie gospodarzy dobre zawody rozegrało jedynie wielkie trio. Reszta zawodników nie wspomogła w niczym Jamesa (21pkt,6zb,6as), Wade'a (20pkt,7zb) i Bosha (19pkt).
Miami tracą już do Chicago Bulls trzy zwycięstwa i tę przewagę ciężko będzie im odrobić do końca sezonu, do którego pozostało im rozegrać jeszcze 12 spotkań.