W-rzut osobisty: Lojalność jest przereklamowana

Dodano: 25 marca 2012 21:18
W-rzut osobisty: Lojalność jest przereklamowana
Mateusz Warzycha, Tekst własny
WikiMedia

W NBA liczą się przede wszystkim mistrzowskie tytuły. To pierścienie w bodaj największej mierze decydują o tym, jak gracza traktują koledzy, rywale, działacze i kibice. Jeśli ktoś chce zapracować na szacunek przywiązaniem do barw klubowych - niepotrzebnie się wysila.

Lojalność zawodnika wobec klubu w oczach oficjeli najczęściej jest warta tyle co nic. W drugą stronę działa to tak samo.

Najlepiej to widać w przerwie między sezonami i w końcówce okienka transferowego. To wtedy dochodzi do tych wzbudzających największe emocje ruchów kadrowych. Nie tylko dlatego, że bierze się w nich pod uwagę najważniejsze nazwiska w lidze. Właśnie w tym czasie właściciele i menedżerowie podejmują decyzje, które zdefiniują cele klubu na kilka najbliższych lat. Tak samo niektórzy koszykarze mogą wpłynąć na to, o co tak naprawdę będą grać, wybierając sobie miejsce zatrudnienia. I nie ma nietykalnych, nie ma świętości. Choćbyś poświęcił całe serce dla organizacji, to i tak mogą się z tobą bezceremonialnie pożegnać.

Wiedzą coś o tym dwaj gracze Oklahoma City Thunder: Kendrick Perkins i Derek Fisher. Obaj byli ważnymi postaciami w mistrzowskich składach, odpowiednio Celtics i Lakers. I co? "Perk" trafił do OKC, bo Danny Ainge nie chciał dać dużych pieniędzy centrowi, który był w ostatnim roku kontraktu i niedawno powrócił po ciężkiej kontuzji kolana. A że nie chciał tracić go za darmo, wymyślił wymianę za Nenada Krsticia i Jeffa Greena (do Oklahomy poszedł też Nate Robinson). Sorry, this is business - usłyszał zapewne Perkins, kiedy dowiedział się że opuszcza Boston. Był to nie tylko silny cios dla pozostałych graczy Celtics (i ich mistrzowskich szans), ale również szok dla samego "Perka". O tym, jak mocno go to dotknęło, najlepiej świadczą jego pierwsze zdjęcia w koszulce Thunder - było nie było wielce perspektywicznego teamu: entuzjazm w okolicach zera absolutnego.

Natomiast Fisher został niedawno wymieniony do Rockets, wykupił tam swój kontrakt i tak trafił do Oklahomy. Dla Lakers okazało się być zupełnie nieistotne, że Fisher był współkapitanem drużyny, jednym z symboli organizacji z pierwszych lat XXI wieku. Ważniejsze okazały się cyferki - w kontrakcie Dereka i parkietowych statystykach weterana. Zdaniem władz LAL, te pierwsze nie przystawały zupełnie do tych drugich - tych niby najlepiej świadczących o przydatności Fishera. A że w "Mieście Aniołów" mierzą w mistrzostwo: Sorry, this is business - Fish nie pasował do planów klubu, więc musiał odejść.

Zawodnicy nie pozostają dłużni i też potrafią wypiąć się na organizację, która robiła wszystko i jeszcze więcej, byle tylko przychylić nieba swojej super-gwieździe. Po dłuuuuugim "Melodramacie" Carmelo Anthony trafił z Denver Nuggets do wymarzonego Nowego Jorku, miasta które nigdy nie śpi, krainy możliwości, itd. itp. Sorry, this is business, Carmelo wolał interes z Knicks. LeBron James opuścił Cleveland Cavaliers, żeby zagrać razem z przyjaciółmi i wreszcie zacząć zdobywać tytuły - to, na czym najbardziej mu zależy. Przeniósł więc swoje talenty do Miami. Sorry, this is business. I w pierwszej próbie był bardzo blisko zrealizowania swojego celu. A z jego niepowodzenia najbardziej cieszył się nie kto inny tylko Dan Gilbert - ten sam, który rok wcześniej zapewniał o przywiązaniu Cavs do Jamesa, który był gotowy oddać pełną władzę w klubie ludziom "Króla". Zraniona duma naprawdę mocno boli...

Zarówno koszykarze jak i klubowi działacze często podkreślają, że NBA is business. A że ich interesy czasem są rozbieżne, to ich drogi się rozchodzą. Co w tym złego? Oczekiwanie lojalności od drugiej strony staje się bezcelowe, prowadzi tylko do poważnych kłótni, zranionych uczuć i zawiedzionych nadziei. Nawet współczesne symbole lojalności w NBA stoją na kruchych podstawach. Paul Pierce pojawiał się wielokrotnie w ostatnich wariantach transferowych. Kobe Bryant, który swego czasu chciał się wynieść z Lakers choćby i na Plutona, może stać się "ofiarą" amnestii. Podobno Jim Buss, który powoli przejmuje pełnię rządów w klubie, poważnie się zastanawia czy warto płacić Bryantowi blisko 60 milionów $ za następne dwa sezony (a dokładniej - czy warto pozwolić legendzie klubu na "zapychanie" listy płac, czy lepiej pożegnać się z Kobem i "zdjąć" jego kontrakt). Tim Duncan swego czasu był blisko związania się z Orlando Magic. W końcu perspektywa wspólnej gry z Grantem Hillem i Tracym McGradym była bardzo kusząca. Jedna z wielu wersji wydarzeń mówi, że Duncan nie trafił na Florydę tylko przez to, że był kontuzjowany i działacze Magic zrezygnowali z "niepewnej inwestycji". To niby plotka, ale kto wie... A patrząc ze strony menedżerów: ciekawe, czy Mark Cuban zawahałby się przed handlowaniem Dirkiem Nowitzkim, gdyby w wyniku wymiany do Mavs miałoby trafić kliku młodszych, utalentowanych i sprawdzonych zawodników? Myślę, że jednak nie. Tysona Chandlera przecież odpuścił - w imię przyszłości.

Podnoszenie kwestii lojalności w NBA wydaje się być już tylko czysto wizerunkową zagrywką. Kiedy Dwight Howard tłumaczył swoją decyzję o pozostaniu na dłużej w Magic szczególnym uczuciem i przywiązaniem, jakimi darzy klub i fanów z Orlando, Dwyane Wade podsumował go tak, jak widać na powyższym obrazku. Swoją drogą, D-Wade całą dotychczasową karierę spędził w Heat. Sądząc po jego wpisie o Howardzie, nie miałby skrupułów, żeby latem 2010r. wybrać inne miejsce niż Miami. W końcu najbardziej zależało mu na wspólnej grze w jednej drużynie z LBJ-em i Chrisem Boshem. A że akurat to klub z Florydy był w stanie zaoferować tej "Wielkiej Trójce" najkorzystniejsze warunki...

Chyba najlepiej będzie, jeśli pojęcie lojalności na dobre zniknie ze słownika koszykarzy i działaczy NBA. Kibice, z bólem, ale jednak też. Oszczędzą sobie różnorakich przykrości i rozczarowań. W końcu NBA to nie tylko Where amazing happens, ale również, jeśli nie przede wszystkim:

THIS! IS!! BUSINESS!!!

Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp