Koniec serii Spurs
Po 11 zwycięstwach z rzędu San Antonio Spurs (23-10) w końcu musieli uznać wyższość przeciwników.
Przegrali bardzo wysoko (różnicą 40 punktów) w Portland z TrailBlazers (18-16) 97:137, ale zagrali bez czterech ważnych graczy (Duncan, Parker, Ginobili, Splitter), co na pewno zwiększyło szanse Blazers na odniesienie zwycięstwa.
W "Jaskini Czarownic” (tak czasem nazywana jest Rose Garden), gracze Portland od razu wzięli się ostro do pracy próbując zdominować Spurs i za sprawą świetnej gry Jama Crawforda (20 punktów, 4 zbiórki, 8 asyst) oraz Raymonda Feltona (16 punktów, 4 asysty), po pierwszej kwarcie prowadzili 41:23.
Później było już tylko gorzej dla Spurs. W drugiej kwarcie rozszalał się LaMarcus Aldridge (21punktów, 7 zbiórek, 3 asysty), który nie musiał "użerać” się z Timem Duncanem i PTB wygrali drugą kwartę 25:20 (66:43).
Podopieczni Nate’a McMillana, których dzień wcześniej rozbili Lakers, nie zamierzali zwalniać tempa. Trzecią kwartę rozpoczęli od trafienia za 3, by wygrać ją 37:22.
W całym meczu Blazers wygrali 137:97, a świetne zawody zaliczył też Gerard Wallace (19 punktów, 10 zbiórek, 6 asyst) i Nicolas Batum (19 punktów, 6 zbiórek, 4 asysty).
W drużynie Spurs pod nieobecność liderów dobrze zagrał rookie Kawhi Leonard (24 punkty, 10 zbiórek) oraz drugoroczniak Danny Green (16 punktów, 5 zbiórek, 2 asysty). Gregg Popovich nie pamięta chyba czasów, gdy jego pierwsza piątka miała średnią wieku 23 lata, co z resztą było po nim widać, gdyż momentami wydawał się bardzo przejęty i podekscytowany poczynaniami swoich najmłodszych podopiecznych.
Dla Spurs porażka (7 z rzędu w "Jaskini Czarownic”) oznaczała koniec gorącej serii 11 wygranych z rzędu.
Zła wiadomość - Na początku czwartej kwarty Wesley Matthews (11 punktów, 4 zbiórki, 4 asysty) doznał urazu lewej kostki i nie powrócił już na parkiet.