Jeremy Shu-How (nie mylić z know-how) Lin a problemy Lakers

Dodano: 15 lutego 2012 19:18
Jeremy Shu-How (nie mylić z know-how) Lin a problemy Lakers
Eryk Ochmański, Informacja własna
WikiMedia

Niesamowity, nieprzeciętny i niemożliwie odważny gracz urodzony w słonecznym Los Angeles dokładnie tego samego dnia co 10 lat wcześniej w Philadelphii urodził się Kobe Bryant.

Czy ma to coś wspólnego z jego ostatnimi sukcesami? Nie wiadomo. Wiadomo, że ten chłopak potrafi bardzo dużo, a może nawet więcej.

Dlaczego nikt wcześniej tego nie zauważył? Jeśli zauważył, to dlaczego nie podjął ryzyka, jakim zapewne wtedy byłoby zagwarantowanie stałego kontraktu zawodnikowi, który ukończył Harvard? Tego też nie wiadomo.

Wiadomo, że najbardziej z tego faktu zadowoleni są New York Knicks, którzy zatrudnili Jeremy'ego 27 grudnia 2011, po tym jak w wigilię pozbyli się go Houston Rockets, by zrobić w banku wystarczająco miejsca dla Samuela Delamberta, który miał rozwiązać problemy Rakiet z obsadą pozycji centra. Właściciele i kibice Knicks powinni się również cieszyć, że wcześniej nie chcieli go również Warriors, gdzie zbierano grosz do grosza by sprowadzić DeAndre Jordana z Clippers (klub z LA ostatecznie wyrównał ofertę Wojowników i Jordan został w Mieście Aniołow).

Coach D'Antoni przyznał, że Lin prawdopodobnie jest najmądrzejszy w drużynie, ale na początku sezonu nie przewidywał dla niego zbyt ważnej roli. Pech i kontuzje innych graczy okazały się być szczęściem Shu-How (nie mylić z know-how).

Po meczu z Nets (25 punktów, 5 zbiórek, 7 asyst) kibice nie wiedzieli co o tym myśleć. Chłopak z chińsko-tajwańskim pochodzeniem nagle "eksplodował" i zaliczył świetny występ popełniając tylko jedną stratę. Kibice w Madison Square Garden zastanawiali się pewnie, czy jeszcze kiedykolwiek będą mięli okazję skandować jego nazwisko. Długo czekać nie musieli.

To Mike D'Antoni był tym, który podjął pewne ryzyko, choć w tym przypadku nieco wymuszone. Wystawił Lina w pierwszej piątce już w następnym meczu przeciwko Jazz (28 punktów, 8 zbiórek). Właśnie wtedy zaczęła rodzić się legenda Jeremy'ego Lina. Legenda, która wywołała w MSG euforię jakiej nie widziano tam od lat. Gdy Lin trafiał trójkę na 84:71 dla Knicks w meczu przeciwko Lakers, najsłynniejsza z hal NBA niemal "eksplodowała" z siłą porównywalną do siły "eksplozji" formy nowego bohatera kibiców drużyny z Big Apple.

Ostatniej nocy Lin pokazał, że potrafi nawet więcej. Wygrał mecz (90:87 z Raptors) ostatnim rzutem i chińsko-tajwańskie tsunami zwane Linsanity trwa. Na dzień dzisiejszy "eksplozja" formy mierzącego 191 cm Amerykanina osiągnęła w szeregach kibiców NBA większą moc niż wszystkie dunki Blake'a Griffina razem wzięte.

Portale społecznościowe zwariowały (nawet chińskie twittery). Ludzie noszą na mecze maski z podobizną ich gracza z numer 17. Nawet 10 lat starszy gwiazdor LA Lakers Kobe Bryant przekonał się o sile "wybuchu" talentu gracza, który przez długi czas miszkał u swojego brata i sypiał na kanapie. Gracza, który wcześniej wybrał dla siebie Warriors, bo dawali kontrakt na dwa lata, a nie na rok jak chociażby właśnie Lakers.

Lakers, których największym problemem jest brak zawodnika, który napędzałby drużynę uzbrojoną w masę talentu, która potrzebuje "eksplozji". Gracza, który w ostatnich 6 (wygranych) meczach notuje średnio 26.8 punktów, 8.8 asyst i 3.8 zbiórek, grając przeciętnie nieco ponad 39 minut na mecz. Gracza, który potrafi dużo, a nawet więcej.

Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp