Knicks - Lakers: Powitajcie nową gwiazdę!
Jeremy Lin. I właściwie tyle tylko można by napisać o meczu Knicks-Lakers, który odbył się minionej nocy w Madison Square Garden.
W opinii fachowców właśnie po tym meczu można by wskazać, czy rozgrywający NYK jest prawdziwą gwiazdą, czy tylko chwilowym wybuchem. Wcześniejsze jego występy choć zachwyciły to jednak nie przekonały ze względu na klasę rywali.
Jazz, Nets i Wizards to nie są drużyny, które mogą przekonać malkontentów. Dlatego absolwent Harvardu musiał poczekać aż na Lakers, by móc pokazać swoją wartość.
I chyba mu się to udało! Po pierwsze Knicks pokonali Lakers bez większych problemów 92:85. Po drugie zrobili to bez nieobecnych nadal "Melo" i Amar'e. A po trzecie wygrał pojedynek strzelecki z samym Kobe Bryantem!
24 latek zakonczył mecz z dorobkiem 38 punktów, 4 zbiórek, 7 asyst i 2 przechwytów. Miał też 6 strat. Jednak przede wszystkim, jego trafienia do kosza następowały w ważnych momentach dla losów spotkania, kiedy to Lakers zbliżali się do gospodarzy, faul w ataku, jaki wymusił w końcówce meczu okazał się na wagę zwycięstwa w tym spotkaniu.
Jedyne co ustaliliśmy przed meczem, to tylko tyle, że musimy wygrać po raz czwarty z rzędu. A jutro jedziemy wygrać po raz piąty! - powiedział Jeremy Lin po meczu.
Po przeciwnej stronie robił co mógł Kobe. Jego 34 punkty (11/29 z gry) i 10 zbiórek przy marnej pomocy kolegów z zespołu (jedynie Gasol zagrał przyzwoicie - 16pkt,10zb) to było za mało na gospodarzy, którzy powoli pną się w górę tabeli Konferencji Wschodniej.
W Los Angeles jest problem. Andrew Bynum trafia raz na osiem prób. Metta World Peace ani razu nie wnosząc kompletnie nic do gry Lakers, a Fisher pewnie jeszcze do tej pory ma zawroty głowy po pilnowaniu Lina.
W tej drużynie konieczne są zmiany i to szybko, gdyż w tym składzie Lakers już nic nie ugrają.