Melo Show w MSG
Nowojorscy Knicks, po nienajlepszym starcie (2-4), wygrali swoje czwarte spotkanie z rzędu. Tym razem ich ofiarą padła ekipa z Philadelphii.
Swoją drogą 76ers radzą sobie w tym sezonie nadzwyczajnie. Przed wczorajszym spotkaniem Sixers mogli pochwalić się bilansem 7-2, dający im trzecią lokatę na wschodzie NBA.
Ponadto w zespole trenera Douga Collinsa aż sześciu zawodników notuje +10 punktów na mecz. Szóstki rzucają w swoich meczach ze średnią skutecznością 49%, pozwalając rywalom jedynie na 39%. Brzmi groźnie biorąc pod uwagę, że Knicks mają słabą obronę i, z wyjątkiem Melo, Amar’e i Chandlera, są bardzo podatni na mocną obronę rywali. Zapowiadało się zatem bardzo emocjonujące spotkanie.
Spotkanie otworzył Melo zagraniu, które fani Knicks mogą oglądać bardzo często. Nieco powolna gra kozłem tuż za łukiem, sugestywne markowanie penetracji i szybkie wyjście w górę. Takie trójki wpadają Anthony’emu poziomie 37 % w obecnym sezonie. Chwilę później z półdystansu odpowiedział Jrue Holiday i wymiana ciosów rozpoczęła się na dobre. Na nieco ponad pięć minut przed końcem pierwszej kwarty na parkiecie pojawił się Josh Harrellson, który zrobił niesamowite wrażenie na publiczności w Madison Square Garden. Swoją drogą jednej z najbardziej wymagających publiczności w NBA. Rookie po uczelni Kentucky w niespełna pół minuty zdobył 5 punktów, a w całym meczu uzbierał ich 13. Po zagraniach 45. picku draftu 2011 nowojorczycy wyszli na prowadzenie 22-15. Pierwszą kwartę w klamrę zapiął Melo, trafiając z półdystansu. NYK prowadzili już wtedy 28-15.
W drugiej połowie na placu gry pojawił się Evan Turner. Młody zawodnik z pozycji 2-3 dał Sixers wiele energii na parkiecie. Wprawdzie przewaga Knicks wciąż oscylowała na granicy 10 punktów, to w gdzie Szóstek coś ruszyło. Uaktywnił się Andre Iguodala, który przez pierwsze 12 minut meczu nie zdobył żadnego punktu. Po stronie gospodarzy błyszczał Amar’e Stoudemire. Silny skrzydłowy w zespole Mike D’Antoniego tylko w drugiej kwarcie zdobył 9 oczek, a do przerwy uzbierał 13 punktów. Knicks wciąż nie oddawali prowadzenia schodząc do szatni z przewagą 10 punktów (45-35).
Nie ma sensu rozpisywać się na temat trzeciej kwarty. Była to kalka z poprzednich odsłon spotkania. Niesamowicie groźni w ataku Stoudemire i Anthony. Melo zdobył w tej części meczu 12 punktów, a po trzech kwartach miał już 21 oczek. Po drugiej stronie parkietu najlepszym strzelcem na ten moment był Jrue Holiday z 13 punktami. Na ostatnią kwartę zawodnicy wchodzili z wynikiem 67-56 na Knicks.
Mało imponujące były zdobycze punktowe Tysona Chandlera, który uzbierał tylko trzy punkty. Znakomicie spisywał się jednak w walce o zbiórki. Chandler zdobył aż 13 piłek z tablic. Przewaga podopiecznych coacha D’Antoniego zaczęła topnieć na 6 minut przed końcem spotkania. Sixers zbliżyli się nawet do Knicks na sześć oczek. Wtedy Melo znów wziął sprawy, a raczej piłkę, w swoje ręce. Wymuszając faule rywali co chwilę stawał na linii rzutów wolnych. Mimo mało spokojnej końcówki nowojorczycy dowieźli zwycięstwo 85-79 do końca.
Najlepsi po obu stronach:
(NYK) C. Anthony (27 pkt., 9 zb., 5 as.), A. Stoudemire (20 pkt., 10 zb.)(PHI) E. Turner (16 pkt., 7 zb.), A. Iguodala (16 pkt., 6 zb., 4 prz.)