Z dystansu: Jak tu nie mieć dystansu?
Jest to chyba pierwszy artykuł z serii „Z dystansu”, który powinien mieć alternatywną nazwę. Oryginalna została nadana z powodu emocjonalnego stosunku autora do całej sprawy, która na pewno nie cieszy nikogo na tym portalu.
„Kompendium Lockoutu 2011: Z czym to się je?” tak powinien brzmieć jego tytuł, gdyby ta sprawa była mi obojętna. Jak wspomniałem, nie jest, ciężko pisać o tak przykrych sprawach, ale w końcu taki nasz obowiązek.
Na początku chciałbym przytoczyć kilka bieżących faktów, w końcu sprawa wynikła wczoraj. Chociaż spodziewaliśmy się tego od kilku miesięcy, artykuł pisany jest jednak ad hoc, więc wypada podsumować to co działo się w ostatnich dniach. Potem przebrniemy przez historię lockoutu, CBA i salary cap, aż po najważniejsze problemy obecnego sporu.
Dnia 1 lipca 2011 roku straciła moc prawną umowa pomiędzy związkiem zawodowym koszykarzy a właścicielami 30 klubów NBA, nazywana popularnie CBA. To skrót od collective bargaining agreement, czyli kontrakt zbiorowego układu pracy. Najprościej mówiąc, to akt prawny stanowiący o legalnej podstawie do funkcjonowania wszystkich podmiotów związanych z NBA – organizacji, wszystkich zatrudnionych, przepływu pieniędzy, podziałowi zysków i innych najistotniejszych kwestii związanych z tym biznesem. Nie zapominajmy, że dla nas jako kibiców NBA jest sportem, ale tak naprawdę jest to przedsiębiorstwo posiadające osobowość prawną i dające prace tysiącom ludzi – od koszykarzy przez trenerów, prezydentów, managerów na obsłudze hali i cheerleaderkach kończąc, ale i obracającym ogromnymi pieniędzmi liczonymi w miliardach złotych.
CBA to specyfika amerykańskiego sportu i systemu prawnego. To stamtąd wywodzą się ligi kontraktowe, nazwane właśnie od CBA, która, jak wcześniej wspomniałem, jest kontraktem. To zwykła umowa o pracę o takiej samej mocy jak ta podpisywana przez nas z naszymi pracodawcami, jednakże o nieporównywalnie większym ciężarze gatunkowym i obejmująca swoim zakresem nie indywidualne podmioty czy osoby fizyczne, a cały związek zawodowy, a więc wszystkich koszykarzy grających w NBA, bez wyjątków. Dlatego negocjacje jej dotyczące są tak burzliwe. Okres jej ważności jest zazwyczaj kilkuletni (poprzednie CBA podpisano w 2005 roku), stąd tym bardziej każda ze stron chce wygrać na niej jak najwięcej, ponieważ w dłuższej perspektywie czasowej może to dla niej oznaczać ogromne zyski bądź straty.
Sam termin collective bargaining oznacza po prostu proces negocjacji pomiędzy pracodawcą a jednostką bądź grupą reprezentującą konkretny związek. Rezultat tych negocjacji, czyli powstała w ich wyniku umowa, nazywana jest collective bargaining agreement, czasem collective employment agreement (CEA – tu – zbiorowy układ zatrudnienia). Oczywiście do jej wejścia w życie potrzebny jest obustronny konsensus, porozumienie, czyli właśnie agreement. W tej chwili – jak pewnie już zdążyliście się przekonać – go nie ma.
Warto jednak przybliżyć podmioty zainteresowane finalizacją negocjacji. W tym przypadku z właścicielami negocjują dyrektor wykonawczy Billy Hunter, prezydent związku graczy Derek Fisher, a asystują mu często inni zawodnicy, ostatnio między innymi Andre Iguodala i Rudy Gay. Gdy warunki pracy zostaną ustalone, CBA nadaje cały kształt ligi – wysokość zarobków zawodników, zyski klubów, warunki i zasady zawierania kontraktów. Można porównać jej znaczenie i funkcjonalność do ustawy zasadniczej w państwach demokratycznych, czyli Konstytucji, z którą wszystkie inne ustawy muszą być zgodne.
W chwili obecnej poprzednie CBA straciło ważność, co w wykładni prawniczej tłumaczymy po prostu – nie ma CBA, z czego wnioskujemy prosto – nie ma podstawy prawnej do wszelakiej działalności związanej z NBA. Liga w tym znaczeniu przestała istnieć. Pracodawcy (kluby) nie mają prawa wymagać od graczy stawiania się na treningach, obozach przygotowawczych. Co więcej, nie mogą (nie mają prawa) ich organizować. Nie odbędą się ligi letnie, mecze przedsezonowe (o ile oczywiście do tego czasu nie wejdzie w życie nowe CBA). Nie ma wolnych agentów, bo w tej chwili w świetle prawa nie ma w ogóle żadnych agentów. Wymiany i transfery nie mogą być przeprowadzane. Hale nie są dostępne dla klubów. Woźni, sprzątaczki, konserwatorzy, masażyści i inne „mrówki” pracujące na najniższych szczeblach płac w zawodach związanych z ligą w choćby najmniejszym stopniu, mogą ten lockout odczuć najbardziej, o czym pisze z resztą Ken Berger. W tej chwili ci ludzie są nieprzydatni i może ich to kosztować pracę, więc nic dziwnego, że sam David Stern właśnie ich przepraszał najbardziej.
Czym jest sam lockout? Pojęcie to narodziło się w kapitalistycznym XIX wieku, wraz z masowym rozwojem światowych gospodarek, a co za tym idzie przemysłu. Cywilizowane społeczeństwa stawały się liberalne, zaczęto zwracać uwagę na prawa człowieka. Ta rewolucja musiała też odbić się na rynkach pracy. Robotnicy mieli dość wyzysku i zaczęli stopniowo wywalczać kolejne przywileje. Po jakimś czasie klasa społeczna robotników stała się na tyle silna, że mogła już stawiać żądania. Za tym poszło zalegalizowanie strajków. Z nim jest związany termin lockoutu. Trzeba jednak zaznaczyć, że ma on różne rozumienie oraz oblicza (prawo wyróżnia między innymi ofensywny i defensywny) i można go rozumieć oraz interpretować w sprzeczny sposób. Historyczne podchodzenie lockoutu wiązało się z przywidywaniem przez pracodawców strajku części pracowników, który negatywnie mógłby wpłynąć na produkcję lub „rozbestwić” innych zatrudnionych. W związku z tym zamykali zakład pracy na trzy spusty, by tego uniknąć. W dzisiejszych czasach lockout to raczej brak porozumienia związków zawodowych z pracodawcą i występuje najczęściej w zawodowym sporcie w USA, z uwagi na ligi kontraktowe. W polskim prawie lockout jest nielegalny. Jego symbolem jest kłódka na płocie.
Jest wiele teorii tłumaczących kształtowanie się CBA. Prace na ten temat publikowali słynni amerykańscy ekonomiści – J.T. Dunlop czy Robert Solow. Model Nickela mówi o formowaniu CBA jak o funkcji użyteczności, zysków przedsiębiorstwa i siły związku. Jak to jednak bywa z modelami, jest on znaczącym uproszczeniem, chociaż naświetla najważniejsze aspekty i czynniki determinujące negocjacje – zarobki i przede wszystkim „siłę związku”. Czym jest ta siła? Czym mogą „grozić” zawodnicy właścicielom?
W tej chwili sytuacja wygląda tak – koszykarze nie przystali na warunki pracy właścicieli. Kwestia podziału zysków jest jednym z kluczowych problemów. Cóż, w tej chwili właściciele nie mają czego dzielić, ponieważ nie ma żadnych zysków. Kluby NBA są w przypadku każdego z nich nieudaną inwestycją, wtopioną kasą. Im ten fakt będzie się przedłużał, tym więcej pieniędzy tracą na niedochodowym biznesie. Siłą zawodników jest właśnie odmowa gry na takich czy innych warunkach, co właśnie uczynili.
Nie zapominajmy, że zarówno kluby mają podpisane kontrakty ze sponsorami, jak i wielu koszykarzy. W przypadku obu stron przedłużanie lockoutu jest nie na rękę, bo nie łatwo się domyślić, że reklamodawcom przesadnie szcześliwi nie będą. Po co mają płacić za coś, czego nie da się reklamować, bo NBA w sensie prawnym nie funkcjonuje? Stąd odwołanie obozów przygotowawczych nie jest z ich punktu widzenia aż tak bolesne, bo to można zrekompensować po prostu wizytami na siłowni czy basenie, ale już odwołanie jakichkolwiek aktywności sportowych i rozgrywek jest już silną kartą przetargową. Sponsorzy na pewno będą naciskać na jak najszybsze załatwienie sprawy. Jak mówi jednak Berger oraz sam Hunter „robimy sobie przerwę od obrad, bardzo jej potrzebujemy”. Obie strony mają siebie dość na jakiś czas, muszą odpocząć od patrzenia sobie w oczy i regularnych spotkań biznesowych, które okazały się ostatecznie stratą czasu.
Jak rozwiązać lockout? Cóż, wystarczy przystać na warunki nowego kontraktu i podpisać go. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. O ile w tej chwili lockout jest praktycznie nieszkodliwy i ucina jedynie ekscytowanie się spektakularnymi transferami, o tyle już utrata choćby jednego spotkania byłaby z punktu widzenia ligi, ale i kibiców NBA, prawdziwą katastrofą. Tysiące ludzi pracowało nad jej pozytywnym wizerunkiem przez 12 lat (największy sukces to chyba wprowadzenie dress code, które zmieniło postrzeganie graczy z ulicznych gangsterów na eleganckie „białe kołnierzyki”), a mimo to dopiero w 2007 roku, jak mówi Hunter, udało się wrócić do wizerunku z okresu ostatniego rzutu Michaela Jordana w 1998 roku w Finale NBA przeciwko Utah Jazz. Spójrzmy prawdzie w oczy – dla przeciętnego Amerykanina, który widzi ligę przed telewizorem, gracze i właściciele to banda rozwydrzonych milionerów (i miliarderów w przypadku tych drugich) spierających się o siódme czy ósme „zero” na koncie, podczas gdy on traci pracę z powodu powracającego do USA kryzysu finansowego (właśnie spadły notowania rentowności rynku obligacji dziesięcioletnich i wskaźniki Case-Shiller, zwiastujące długotrwałą zapaść tamtejszej gospodarki). Wiąże się to z rosnącym bezrobociem i fatalnymi nastrojami społecznymi. Nic dziwnego, że wszyscy boją się tego, że takie osoby odwrócą się plecami od chciwej ligi.
Właściwie to nie ma co się dziwić takiemu podejściu, przecież już Karol Marks mówił o dwóch walczących ze sobą klasach burżuazji i robotników, jego teorie rozwijał Eric Olin-Wright, a Max Weber nazwałby właścicieli pozytywnie uprzywilejowaną klasą posiadania, a graczy pozytywnie uprzywilejowaną klasą zarobkową. Skoro naukowcy tak to widzieli, to czy dziwimy się przeciętnemu i zdystansowanemu widzowi ESPN?
Z naszego punktu widzenia najlepsze byłoby oczywiście rozpoczęcie sezonu w terminie, czyli ostatnich dniach października. Aby tak się stało, obie strony muszą dojść do porozumienia najpóźniej pod koniec września. Miesiąc to i tak minimalny okres na odbycie dwóch ważnych procesów – przygotowania zespołów oraz karuzeli transferowej. To i tak mało – wystarczy przywołać skutki takiego szaleństwa z roku 1999, kiedy to lockout i opóźnienie sezonu, utrata 874 spotkań i styczniowe campy kosztowały poważne urazy Shawna Kempa i Vina Bakera, a Joe Smith podpisał nielegalny kontrakt. Gdyby tę datę przekroczono – być może trzeba będzie zmieniać terminarz rozgrywek, co też trwa. Niestety, właściciele zapowiadają, że będą forsować swoje postulaty, nawet kosztem całego sezonu! Wolą, aby liga była bardziej „konkurencyjna” w dłuższej perspektywie czasowej. Nie oszukujmy się – w gronie tych trzydziestu krezusów nie ma altruistów chcących oddać przywileje budowania lepszego składu kosztem większych szans wroga na pokonanie go. To przeczy jakiejkolwiek racjonalności. Nie taką strategią ci ludzie doszli do swoich fortun. Chociaż obie strony ubierają to w piękne słowa, to zależy im po prostu na wyciąganiu z koszykówki jak największych pieniędzy. Im większy tort, tym większe zamieszanie...
A cóż to za postulaty? Dwa największe problemy to podział zysków z koszykówki (BRI – Basketball Related Income) oraz kształt salary cap.
W kwestii zysków sprawa jest raczej prosta. Właściciele chcą zmienić proporcje z 57% do 43% na korzyść graczy do statusu „fifty-fifty”. Koszykarze upierają się przy, w zaokrągleniu, 54%. Agregując liczby i czas trwania umowy (zawodnicy chcą 10-letniego kontraktu), łącznie 30 właścicieli ma stracić 7 mld $ na tych kilku procentach, więc stawka nie jest tak mała, jak mogłoby się wydawać.
Bardziej skomplikowana jest sprawa z salary cap. Najprościej rzecz ujmując to maksymalna pula, którą klub może wydać w danym sezonie na kontrakt zawodników. W zależności od tego, czy jest ona „hard” (twarda, tu nieprzekraczalna), czy „soft” (miękka, tu przekraczalna), organizację mogą omijać te reguły za pomocą exceptions, czyli odstępstw - „wyjątkowych” sytuacji, w których przekraczając pulę można jeszcze zaoferować komuś umowę i wzmocnić nim drużynę. Użyłem cudzysłowu przy słowie wyjątkowy, ponieważ sytuacja ta była nagminna. Pula istniała tylko w teorii, bo w praktyce każdy klub mógł w sprytny sposób ją omijać. Bogatsi i tak zatrudniali więcej graczy i kusili ich wyższymi cyferkami. Założeniem cap jest zwiększanie konkurencyjności i wyrównywanie szans biedniejszych zespołów i zapobieganiu powstawania koszykarskiego Realu Madryt, Chelsea Londyn i innym finansowym dominatorom. Obecnie mamy „soft cap”, które wspierają koszykarze (więcej kontraktów i pieniędzy dla nich). Właściciele są za „hard cap”, chociaż pojawiła się z ich strony nawet propozycja „flex cap” (czyli stanu pośredniego), ale już ją wycofano.
Tak pokrótce wygląda obecna sytuacja NBA. Liczę na bezbolesne zakończenie całej sprawy. O ile jednak zawodnikom będzie przyświecało to samo motto, które Patrickowi Ewingowi w 1998 - „Dużo zarabiamy, ale dużo też wydajemy” (najsłynniejszy cytat z tego okresu), to negocjacje łatwe nie będą...