O przegranych Mistrzostwach słów kilka...
Od przegranego meczu ostatniej szansy z Łotyszkami minęło już kilkanaście godzin. Spróbujmy więc, na chłodno przeanalizować to, co wydarzyło się w ostatnich dniach, z czego możemy być zadowoleni, a co powinno być nauczką na przyszłość.
O zdanie zapytaliśmy również trenera Dariusza Maciejewskiego, który po końcowej syrenie środowego meczu był wyraźnie rozżalony.
Trema na początek…
Z Czarnogórkami od początku szło nam jak po grudzie. Początkowo mogło się zdawać, że to tylko chwilowe zdenerwowanie, związane z pierwszym meczem naszej reprezentacji na tym wielkim turnieju. Jednakże wraz z upływem minut zdenerwowanie nie mijało. Co więcej, pojawiała się frustracja, która w momencie, gdy rywalki odskoczyły na kilkanaście punktów nie przyniosła nic dobrego. Stało się, bowiem jasne, że już na starcie przyjdzie nam zaznać goryczy porażki. Wobec późniejszych wydarzeń i seryjnych zwycięstw Czarnogóry nasza porażka nie wyglądała już tak szpetnie, jednakże obiektywnie trzeba przyznać, że do zespołu Jeleny Skerović i Anny DeForge jeszcze nam daleko. Zresztą po czwartym dniu turnieju o Czarnogórze z respektem wyrażał się także trener Maciejewski. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nawiązanie walki w drugiej rundzie z Czarnogórą będzie właściwie niewykonalne. To jest przecież na tyle dobry zespół, że po prostu nie ma możliwości, by z tych trzech meczów drugiej rundy nie wygrał przynajmniej jednego. – po chwili jednak dodał - Szkoda tego wszystkiego, bo między nami a pozostałymi zespołami nie ma jakiejś przepaści.
Odrodzone nadzieje…
Wspomniana porażka mobilizująco podziałała na nasze zawodniczki. Zdenerwowanie minęło zaskakująco szybko i już drugiego dnia byliśmy świadkami efektownej wygranej nad Niemcami. Polki wyszły na to spotkanie niczym na bitwę, o życie. I trzeba przyznać, że tego dnia zagrały naprawdę dobrze. Po meczu widać było, że z naszych koszykarek spadła też presja. Zadowolone i pewne siebie uśmiechały się do kamer, chętnie rozmawiały. Przez chwilę wydawało się nawet, że z piekła uciekliśmy wprost do nieba. Otrzeźwienie nastąpiło jednak dzień później.
Hiszpańska zmora…
Na tą konfrontację wszyscy wyczekiwali z rozbudzonymi nadziejami. Zdawało się, że w końcu nasza drużyna narodowa zaczęła grać konsekwentnie i nie notuje już słabych przestojów, które wcześniej zabierały jej zwycięstwo. Niestety stare grzechy powróciły. Po dobrej w naszym wykonaniu pierwszej odsłonie przyszły chwilę słabości i to Hiszpanki przejęły inicjatywę, której nie oddały już do końca. A szkoda, bo wygrać można było, a właściwie należało. W szatni mówiłem, żeby zagrać spokojnie bez chaosu, bo rywal jest do ogrania. Wpuściłem dwie doświadczone zawodniczki, żeby zagrały na spokojnie kilka akcji, ale co z tego jak nie było konsekwencji w taktyce. – analizował polski selekcjoner. Inna sprawa to brak powrotów do obrony w przypadku kontr rywalek. Ten element kulał w starciu z Hiszpanią i dał o sobie znać jeszcze niejednokrotnie. Ja jednak z tej obrony jestem zadowolony. No może poza tymi powrotami przy kontratakach rywalek. Ale to też wynika z jakiegoś braku koncentracji czy umiejętności. Powinno być naturalnym odruchem szybkie powracanie do obrony w momencie kontrataku rywala. – dodawał Maciejewski.
Druga runda, czyli mission impossible…
Po meczu z Hiszpankami nasze koszykarki były zbudowane przede wszystkim tym, że jak równy z równym potrafiły walczyć z czołową reprezentacją Europy. Nie zdawały sobie jednak sprawy, że ta porażka w dobrym stylu stawiała ich w skrajnie niekorzystnym położeniu. Wszystko dlatego, że jeśli myślały jeszcze o awansie do fazy finałowej, nie mogły już sobie pozwolić na porażkę. Biorąc po uwagę fakt, że za rywalki Polki miały takie zespoły jak Łotwa, Chorwacja i Francja, to zadanie było bardzo trudne do wykonania.
Pogrzebane szanse…
Niestety nadzieje na walkę o medale i Igrzyska Olimpijskie legły w gruzach już pierwszego dnia drugiej rundy. Tym razem Polki przegrały z Łotyszkami, czyli poniekąd bezpośrednim rywalem w walce o awans. Zresztą nawet sztab szkoleniowy naszej reprezentacji przekonywał, że jeśli mamy z kimś podjąć dalszą walkę to właśnie z Łotwą. W środę jednak powtórzył się czarny scenariusz. Nasze reprezentantki znów tylko momentami grały dobrze i nie wykorzystały szansy na dobicie przeciwnika. Przed meczem dziewczyny wiedziały, że mecz z Łotyszkami to dla nich wielka szansa. Do czasu dziewczyny prezentowały się naprawdę obiecująco, odcinały rywalki od podań, skutecznie podwajały. To dzięki obronie w pierwszej połowie meczu odskoczyliśmy na kilka punktów, tworzyli my kolejne sytuacje. Ale znowu pojawił się brak konsekwencji, nerwy. Tej drużynie czegoś zabrakło. Być może jeszcze większej pracy nad dyscypliną taktyczną. Nie dołożyliśmy kilku ważnych punktów w ataku, mimo, że przecież mieliśmy ku temu okazję. Przykre jest to, że przy prowadzeniu dwa razy nie trafiliśmy spod samego kosza. To już nie jest kwestia braku umiejętności, raczej psychiki. – oceniał mecz Dariusz Maciejewski.
Szacunek dla zespołu…
Mimo braku wyniku i sporych rozczarowań nie ma sensu teraz zrzucać winy na zawodniczki, które przecież za każdym razem dokładały wszelkich starań do tego, by zwyciężyć. Inna sprawa, że to po prostu nie wyszło. Stworzyliśmy taką drużynę, która składała się obecnie z najlepszych koszykarek, jakie mieliśmy dostępne. Żeby jednak był jakiś efekt, one muszą sobie na boisku nawzajem pomagać, tak jak miało to miejsce w defensywie. Przecież tam prezentowały się naprawdę obiecująco, odcinały rywalki od podań, skutecznie podwajały. Jednym słowem, wykonały kawał dobrej roboty. Ja za defensywę jestem wręcz pełen podziwu. Trzeba oddać, że ten zespół naprawdę się starał. Takiej walki o każdą piłkę to ja dawno nie widziałem w reprezentacji. Zespół bił się przez 40 minut o korzystny wynik, mimo, że końcowe rezultaty naszych spotkań tego nie pokazują. – szczerze przyznał Maciejewski.
Co dalej…
Teraz naszej reprezentacji pozostały dwa spotkania, którymi pożegna się z turniejem. Z racji tego, że nie będzie im już towarzyszyć żadna stawka, można przypuszczać, że na parkiecie pojawią się zawodniczki, które dotąd nie odgrywały większej roli. Na pewno wykorzystam fakt, że nie będą to już mecze o stawkę i dam pograć zawodniczkom, które do tej pory zaliczały mniej minut. Mam tu na myśli choćby Anię Pietrzak, która przecież niedługo wystąpi na uniwersjadzie i będzie tam podstawową koszykarką. Do tej pory hierarchia była jednak taka, że pierwsza była Paulina Pawlak, a druga Kasia Dźwigalska. Uważam jednak, że rotacja w zespole nie była mała, bo grając pressingiem po prostu musiałem co chwilę wymieniać poszczególne ogniwa na „świeże”. Inaczej musielibyśmy cofnąć się kompletnie w defensywie, bo nie wystarczyło by sił na taką grę, jaką preferowaliśmy. – komentował trener kadry. Po chwili podsumował. - Teraz zobaczymy jak dziewczyny podejdą do tych pozostałych spotkań. Ja nie wyobrażam sobie byśmy zagrali bez walki.