Z dystansu: Dlaczego wszyscy byliśmy Niedźwiedziami Grizzlie?

Dodano: 19 maja 2011 19:53
Z dystansu: Dlaczego wszyscy byliśmy Niedźwiedziami Grizzlie?
Bartłomiej Berbeć, Informacja własna
WikiMedia

Podróż życia Zacha Randolpha dobiegła końca. Być może podróż życia wielu z tych młodych graczy dobiegła końca. Chociaż w przyszłym sezonie będą znacznie bogatsi w doświadczeniaoraz obycie w fazie postsezonowej i wróci ich teoretyczny lider, Rudy Gay, otarcie się o Finał Konferencji może być bardzo trudne do powtórzenia.

Chociaż w wypadku tego zespołu chyba nie można mówić nigdy, bo zadziwili sportowy świat jak nikt.

Przypomnijmy, że na początku sezonu 2010/11 praktycznie żaden ekspert nie wierzył w Memphis Grizzlies. W napakowanej solidnymi zespołami Konferencji Zachodniej było tak wielu chętnych do gry w Playoffs, że nikt ich tam nie widział. A Zach Randolph był wtedy na sali treningowej, gdzieś w pobliżu Orange Mound i rzucał z półdystansu.

Sezon zasadniczy w ich wykonaniu to jedno wielkie zaskoczenie. Ni z tego, ni z owego przypadkowa zbieranina koszykarzy odnajduje w sobie talenty do roli liderów (Rudy Gay, Zach Randolph, Marc Gasol), kluczowych rezerwowych (Mayo) czy wyróżniających się zadaniowców (Darrell Arthur, Sam Young, Tony Allen). Byli też tacy, którzy wreszcie dorośli do oczekiwań, które stawiano im, gdy przychodzili do NBA jako utalentowani debiutanci (Mike Conley), a nawet zaskoczyli pozytywnie (Greivis Vasquez, Xavier Henry). Wspólnym mianownikiem był w ich przypadku kolosalny postęp, jakiego dokonali.

I tak oto, gdy wszyscy przecierali oczy ze zdumienia, Grizz dzielnie bronili ósmego miejsca, mimo braku swojego lidera, Rudy'ego Gay'a. Właściwie gdyby nie przypominano nam o tym na każdym kroku, zapomnielibyśmy o tym, że zespół ten grał bez swojego na papierze najdroższego, czyli być może najlepszego gracza. Złoty medalista z Turcji opuścił drugą połowę sezonu, ale...zrobił to niepostrzeżenie. Zdolności przywódcze odkrył w sobie Randolph. Jednak on zasługuje na oddzielny artykuł. Wyobraźcie sobie tylko, jak wyglądaliby Heat bez LeBrona, Celtics bez Allena, Mavs bez Nowitzkiego czy Magic bez Howarda. Czy pokonaliby wyżej notowanych rywali? Chyba nie...

Tymczasem misiaczki postanowiły, że znokautują w pierwszej rundzie San Antonio Spurs. Drużynę-monolit, jedną z najrówniejszych w jakichkolwiek sportach zespołowych w ostatniej dekadzie. Podopieczni Gregga Popovicha byli symbolami konsekwencji i wytrwałości. Gwiazdorski, doświadczon trzon w postaci Duncan, Ginobiliego, Parkera...”Ostrogi” wydawały się grać sezon życia, kiedy tratowali rywala po rywalu i otarli się o najlepszy bilans w lidze. W styczniu niektórzy mówili nawet, że mogą wyrównać rekord Chicago Bulls, którzy wygrali 72 spotkania w jednym sezonie. Nic z tych rzeczy – kto tratuje rywala po rywalu, sam zostaje stratowany, jak mówi staropolskie przysłowie.

Rywalizacja Grizz i Spurs miała być tylko formalnością, bo obstawianie tych pierwszych jako zwycięzców serii przed jej rozpoczęciem nie było nawet ryzykiem. To byłoby zaprzeczenie prawom jakiejkolwiek logiki, czystym szaleństwem. Skład ekipy z miasta Elvisa Presley'a był zbudowany w tak nietypowy sposób, że trudno wręcz uwierzyć w to, że udało im się wygrać chociaż 20 spotkań. Z drugiej strony niebywale skuteczna polityka draftowa co roku wyłapująca jakąś perełkę, ustatkowani gwiazdorzy, zabójczo precyzyjny styl gry, zapewniający sukcesy od dziesięciu lat i recepta na tłamszenie walecznych zespolików na miarę Grizz. To nie mogło się udać.

A jednak. Być może dlatego wszyscy byliśmy w kwietniu i maju Niedźwiedziami Grizzlie. Chociaż przez krótką chwilę. Podopieczni Lionela Hollinsa dawali nadzieję. Nie ma nic straconego, nie można wypuszczać z rąk niczego. Trzeba walczyć do końca. Impossible is nothing. Takie przesłanie przyświecało wszystkim po cichu wspierającym team Memphis.

Przyznam szczerze, że byłem wśród tych, którzy zignorowali ich szanse. Widziałem ich w sezonie regularnym jakieś dziesieć razy. Owszem, zawsze pokazywali potencjał i to, że są drużyną kalibru Playoffs. Jednak zawsze trwało to jedną, góra dwie kwarty. Później byli starymi dobrymi Memphis Grizzlies. Dlatego też, gdy ich spotkanie było jednym z otwierajacych rozgrywki postsezonowe, ominąłem je i nie oglądałem, dopóki nie zobaczyłem wyniku w końcówce, to jest połowie czwartej kwarty. Widziałem na żywo wielką trójkę Shane'a Battiera, która ustawiła tę rywalizację.

Co mam na myśli mówiąc „starymi dobrymi Memphis”? Zespół budowany chaotycznie i bez sukcesów. Od czasu ich powstania w połowie lat 90' jeszcze od Vancouver ciągnęła się za nimi łatka zespołu nieudolnie zarządzanego i mającego zwyczajnie pecha w Draftach. Bryant Reeves, Stromile Swift, Hasheem Thabeet, Mike Conley, Rudy Gay. Nie wszystkie te wybory były chybione, ale w zamian w uniformach z misiem moglibyśmy oglądać chociażby Tyreke'a Evansa, Joakima Noaha, Michaela Redda, Amar'e Stoudemire'a, Vince'a Cartera czy Michaela Finley'a, a nawet Dirka Nowitzkiego lub Paula Pierce'a. O Reevesie wszyscy już zapomnieli, Swift obija się o NBA, Thabeet pewnie z niej wyleci mimo wielkiego potencjału. Po prostu fortuna zawsze była przeciwko kibicom Grizz. To jak bezdomny, któremu całe życie wiatr wieje w oczy i znajduje na ulicy kupon Lotto z trafnie skreśloną piątką.

Co mamy jeszcze do tego dodać? Allena Iversona, który zapowiada, że odmieni zespół, ale po trzech meczach oświadcza, że Bóg chciał inaczej? „Najbardziej bezsensowną wymianę w historii” (via Popovich), w której w zamian za Pau Gasola do Memphis przywędrowali słabeusze (ale i joker w postaci praw draftowych do drugiego Gasola, tylko kto to wtedy przywidywał)? A może O.J. Mayo, nieprzeniknionego mentalnie strzelca, który w połowie sezonu zbuntował się przeciw roli rezerwowego? Albo kontuzje Gay'a?

Mimo to Grizz weszli do Playoffs, a Marcin Gortat mógł polecieć na wakacje. Potem z rozpędu położyli być może kres panowania Spurs i otarli się o Finał Konferencji. Zapewnili nam niesamowity siedmiomeczowy thriller w starciu z najlepszym strzelcem i wschodzącą (super)gwiazdą NBA Kevinem Durantem i nieomal wstrzymali jego pierwszy marsz po sukcesy. Ostatecznie przegrali, ale być może ocalili wiele rodzin dookoła świata. Widząc tak irracjonalne rzeczy i wygraną walkę Dawida z Goliatem, Don Kichota z wiatrakiem czy Kowalskiego z systemem wielu pewnie było gotowych porzucić dotychczasowy styl życia na rzecz medytacji po zaszyciu się w górach Tybetu. Ja już byłem spakowany.

Właśnie dlatego wszyscy chociaż trochę byliśmy Niedźwiedziami Grizzlie przez ostatni czas. Zach i spółka symbolizowali tak wiele wartości bliskich każdemu z nas. Pokonanie przeciwności losu (drafty), walkę z całym światem (Spurs), powodzenie pomimo braku największego atutu (Gay), całkowitą odmianę osobowości (Randolph), bycie przekornym i robienie czegoś wbrew (eksperci). Grizz dawali nadzieję, że nawet jeśli nic się nie układa, nie musisz robić nic, tylko wierzyć w siebie i nadal robić swoje. W końcu karta musi się odwrócić. Ich karta już się odwróciła. Niewiadomą pozostaje przyszłość, ale te Playoffy gracze Memphis zapamiętają pewnie do końca karier jako punkt przełomowy.

Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp