Mistrz na kolanach
Takiego przebiegu wydarzeń z pewnością mało kto się spodziewał. W drugim finałowym meczu Tauron Basket Ligi, PGE Turów Zgorzelec nadspodziewanie łatwo pokonał Asseco Prokom Gdynia 81:66 i wyrównał stan rywalizacji. Gdynianie tego wieczoru negatywnie zaskoczyli swoją słabą formą i z pewnością będą musieli sumiennie przeanalizować swoje błędy.
Goście natomiast, wykorzystali to bez skrupułów i w dobrych humorach udali się w drogę powrotną.
W ekipie Turowa najbardziej widoczny był Torey Thomas, który w całym meczu zdobył aż 31 punktów. Choć prawdą jest, że Amerykanin grał trochę samolubnie, to jednak w dużej mierze dzięki jego popisom podopieczni Jacka Winnickiego mogli cieszyć się z wygranej.
Zresztą korzystny wynik dla przyjezdnych zwiastowała już pierwsza kwarta. Już w niej, gracze Turowa mieli niewielką przewagę i nadzwyczaj łatwo radzili sobie z defensorami Mistrza Polski. Dominacja zgorzelczan przybrała na rozmiarach w drugiej części. To właśnie wtedy piąta drużyna poprzedniego sezonu wspięła się na wyżyny swoich umiejętności i w kilka minut wypracowała sobie kilkunastopunktową przewagę. Zawodnicy nadgranicznego klubu trafiali jak na zawołanie, podczas gdy gracze Prokomu w żaden sposób nie radzili sobie z defensywą rywala. Gospodarzy raz za razem gnębił wspomniany Thomas, który choć nie grzeszył skutecznością, trafiał w najważniejszych momentach. Trójmiejski team stać było jedynie na odpowiedź w postaci kilku „oczek”, które i tak nie miały wielkiego znaczenia w kontekście ogólnego rezultatu. Dzięki temu, Turów już do przerwy prowadził 39:24, dzięki czemu był na najlepszej drodze do triumfu.
Po zmianie stron, ku niezadowoleniu kibiców zgromadzonych w popularnym „Żółwiu”, obraz gry nie uległ zmianie. Na parkiecie nadal przeważali goście, którzy ewidentnie nie zamierzali odpuszczać. Niezwykle zmotywowani do walki tylko powiększali swoje prowadzenie i zapisywali na swoim koncie kolejne punkty. Gospodarze w tym czasie nie uczynili wiele, by temu zapobiec. Nie będzie też nadużyciem jeśli powiem, że gracze Prokomu grali po prostu ospale i nie wykorzystywali swojego potencjału. Jedynymi, którzy odbiegali od tej reguły byli Robert Witka i Daniel Ewing. Pozostali, z Qyntelem Woodsem na czele tylko zawodzili. Efektem tego, przed decydującą batalią, goście wygrywali różnicą 66:42 i byli właściwie pewni swego.W ostatniej „ćwiartce”, zgodnie z przypuszczeniami Turowianom krzywda się nie stała. Do końca pilnowali oni prowadzenia i ani na moment nie dali się zaskoczyć bardziej utytułowanemu przeciwnikowi. Asseco Prokom stać było jedynie na odrobienie kilku „oczek”, co jednak w dużej mierze było efektem rozluźnienia w szeregach Turowa. Tym samym, przegrana faworyta stała się faktem i zastanawia tylko, jak w kolejnym spotkaniu zaprezentują się podopieczni trenera Pacesasa.
Asseco Prokom Gdynia – PGE Turów Zgorzelec 66:81 (16:28, 8:21, 18:27, 24:15)Asseco Prokom: Daniel Ewing 15, Robert Witka 14, Filip Widenow 10, Krzysztof Szubarga 8, Qyntel Woods 7, Adam Hrycaniuk 5, Piotr Szczotka 4, Ratko Varda 2, Courtney Eldridge 1, Ronnie Burrell 0, Tommy Adams 0. PGE Turów: Torey Thomas 31, Daniel Kickert 15, Konrad Wysocki 13, Michael Kuebler 13, Robert Tomaszek 7, David Jackson 2, Bartosz Bochno 0, Ivan Zigeranović 0, Michał Gabiński 0.