Airball: Phil i Kobe na rybach
Stało się. Phil Jackson i Kobe Bryant dokładnie wczoraj jeszcze przed północą polskiego czasu postanowili, że dnia dzisiejszego zamiast na salę treningową przed spotkaniem numer 5 w serii Mavericks – Lakers po prostu spakują gumiaki, wędki, wykopią robaki, zabiorą ze sobą termosy i udadzą się na ryby…
Tak mniej więcej można odebrać to, co się stało wczoraj w Dallas. Jeśli czytacie ten artykuł licząc, że będę za chwilę piał z zachwytu nad grą Mavericks – możecie już w tym miejscu poprzestać i zerknąć sobie co słychać ciekawego na facebooku albo czy nie wrzucono ciekawego obrazka na demotywatory. Bo o genialnym ustawieniu celowników przez podopiecznych Ricka Carlise wiedzą już wszyscy, więc nie będę się zbędnie powtarzał.A więc o co mi chodzi? Może choć trochę postaram się przeanalizować to, co poszło nie tak w ekipie Lakers. Wielu sądziło, że po takim „strzale” jaki dostali po All Star Weekend, kiedy w pewnym momencie legitymowali się bilansem 17:1 są nie do zatrzymania. I choć wiadomo było, że jest Boston, Miami, Chicago, jeszcze wtedy mocne Orlando i kilka ekip na zachodzie, to i tak większość zgodnie mawiała, że „ grają wszyscy pięknie i ładnie, ale i tak na końcu wygrają ci co zawsze”.Nic z tych rzeczy. Pod koniec sezonu regularnego zaczęły dziać się cuda, Lakers przegrywali w dziwny sposób i z dziwnymi drużynami. Ale OK, wtedy jeszcze można było wyjść z założenia, że to tylko swobodne podejście jest oznaką spokojnego przygotowywania się do playoffs.
HornetsSporo krwi upuścił Mistrzom NBA Chris Paul, który tak dobrze jak w pierwszej rundzie przeciwko drużynie z Los Angeles nie zagrał chyba nigdy. Ochów i achów nie brakowało nad jego genialną dyspozycją. Zabrakło mu wsparcia, bo Lakers już wtedy mieliby pewnie wolne. Serię wygrali 4:2 ale jak wszyscy widzieli – nie bez kłopotów.
MavericksSzybkie 0:4.Stop. Dirk jest wielki. Stop. Kobe jedzie na ryby. Stop. Tak pokrótce można opisać wydarzenia z tych „szybkich” i „skutecznych” w wykonaniu Mavs spotkań. Wczoraj w pewnym momencie, gdy Bryant podawał zza pleców do Artesta, a piłka wylądowała w trybunach zacząłem wierzyć w teorię jednego z naszych czytelników, że niczym z filmu "Space Jam" ktoś odebrał talenty koszykarskie Mistrzom NBA. Osobna analiza poczynań każdego z graczy Lakers nie ma chyba sensu. Skupmy się może więc na najważniejszych postaciach przedstawienia.
Phil Jackson – nie wiem co się dokładnie stało w głowie jednego z największych w dziejach koszykówki coachów, ale do dziś mam wrażenie, że końcówkę pierwszego meczu z Dallas lepiej poprowadziłby na jego miejscu mój lub jakikolwiek inny nauczyciel WF ze szkoły średniej. Kto oglądał, ten wie. A wczoraj aż niesmacznie było patrzeć na jego dobrą minę do złej gry. Nie tak powinien chyba odchodzić z NBA trener z 11 pierścieniami.
Kobe Bryant- nie jest MJ. Po prostu. Poza tym Bryant nie grał już swojej koszykówki. I nie chodzi tu o to, że gracze Dallas go zatrzymali, bo to nieprawda. Jedyny zawodnik, który byłby w stanie uprzykrzyć mu życie akurat jest obecnie kontuzjowany. Bryant sam się załatwił. I nikt nie wie czemu.
Pau Gasol- jestem ostatnią osobą, która będzie wieszać na nim psy i uważać że jest słaby, że nie zatrzymał Dirka, itp. Przepraszam wszystkich „znafffców” – ale ilu jest zawodników w lidze, którzy potrafią wyłączyć Dirka z gry? Nie zrobił tego nawet wywoływany przez wielu w podobnych dyskusjach Kevin Garnett – Dirk rzucił mu odpowiednio 25 i 29 „oczek” w sezonie regularnym, a więc średnio więcej niż w serii z Lakers. No więc o co ten szum? Kto ma w pamięci finały NBA z przed dwóch lat i z przed roku, to powinien wiedzieć jakim Hiszpan jest zawodnikiem.
Ron Artest – nie ma co przywoływać statystyk indywidualnych gracza, które drastycznie spadły, ale czy są zawodnicy (prócz Dikembe Mutombo), którzy czerpią radość z gry nie dostając szans wykazania się w ataku? A takiej wyraźnie brakowało Artestowi w Lakers odkąd się tam pojawił.
Nie tutaj, nie terazDerek Fisher, Matt Barnes, Steve Blake, Luke Walton – komu w Los Angeles potrzebny jest ten “szrot”? Wiem, że Fisher to zasłużony gracz, ale jeśli takim jest to powinien być raczej na emeryturze niż próbować nadążyć za graczami typu Chris Paul czy J.J Barea.
Co dalej?Nad tym głowić się będą mądrzejsi ode mnie, a jest ich całkiem sporo na Zachodnim Wybrzeżu USA. Pojawiają się plotki o pozyskaniu którejś z gwiazd pokroju Paula lub Howarda, będzie inny trener, będzie też i małe „trzęsienie ziemi” i część mniej znaczących graczy odejdzie. Budowanie składu od podstaw wokół kontuzjogennego Bynuma jest dosyć ryzykowne. Z resztą pokazał też wczoraj, że ma problemy z głową, bo za taki faul, jaki zafundował Bareii należałoby go zamknąć w izolatce na kilka dni…