Philadelphia przedłuża sezon po huśtawce
To był mecz o być albo nie być dla Philadelphia 76ers. Podopieczni Douga Collinsa mieli też po swojej stronie przewagę własnego parkietu i wreszcie udało im się pokonać Miami Heat.
Gospodarze wygrali po zaciętej końcówce 86:82.
Bardzo łatwo wskazać bohatera i antybohatera wieczoru. Tym pierwszym z pewnością został Lou Williams, który trafił kosmiczną trójkę w końcówce. Okazała się ona kluczowa, bo dała Sixers przewagę 84:82 i zmusiła Heat do wykonania nieudanej akcji w ataku. Chwilę wcześniej jednak również niezwykle ważny rzut z dystansu trafił J'Rue Holiday. Miami miało wtedy, zdawało się, bezpieczną przewagę 82:78. Dokładnie takie, jak wczoraj Dallas Mavericks...
Gdyby nie wczorajszy heroizm Brandona Roy'a i jego Portland Trail Blazers, pewnie wszyscy mówili by o tych trójkach jak o wydarzeniu Świąt Wielkanocnych.
Antybohaterem był z kolei LeBron James. Co prawda w przekroju całej nocy zagrał doskonale - 31 punktów, 7 zbiórek, 6 asyst, ale to przecież jego dzień jak codzień. Występ na swoim poziomie zniweczył po raz kolejny niewykończoną akcją na remis w całej końcówce.
Mecz przebiegał na zasadzie huśtawki lub wahadła. Świetnie zaczęli go gospodarze (po pierwszej kwarcie prowadzili 28:16, a podczas jej trwania jeszcze wyżej). Później doszli jednak do głosu goście i mogliśmy przekonać się o ich prawdziwej sile. Przez chwilę naprawdę byli perfekcyjni, można było się ich wystraszyć.
W dalszych fragmentach meczu sprawiali jednak wrażenie będących myślami gdzie indziej, być może już w American Airlines Arena na meczu nr 5. W każdym razie zafundowali sobie go.
W szeregach zwycięzców musimy wyróżnić Eltona Branda z 15 punktami i 11 zbiórkami oraz Andre Iguodalę z 16 "oczkami". Genialnie z ławki zagrali Lou Williams i Evan Turner - obaj dołożyli po 17. Rezerwowi Heat wspólnie mieli 16...