O Kotwicy słów kilka…
Po zakończonym niedawno sezonie zasadniczym na naszym portalu co pewien czas prezentujemy dokonania oraz obecną sytuację poszczególnych zespołów. Tym razem kolej na Kotwicę Kołobrzeg, która w ostatnich miesiącach była drużyną wybitnie nieprzewidywalną.
O tym, dlaczego tak się działo postaramy dowieść w naszym podsumowaniu.
Kołobrzeżanie przez cały czas trwania sezonu 2010/2011 dostarczali swoim kibicom wielu emocji zarówno pozytywnych, jak i skrajnie negatywnych. Podopieczni Dariusza Szczubiała potrafili, bowiem zwyciężyć choćby PGE Turów Zgorzelec, ale też przegrać z tarnobrzeską Siarką, co sprawiało, że wokół klubu wytworzyła się prawdziwa huśtawka nastrojów.
Pierwotnie włodarze Kotwicy hucznie zapowiadali, że drużyna będzie walczyć o play off. Niewątpliwie było to ambitne posunięcie, ale realia po raz kolejny okazały się brutalne. Kołobrzeżanie od początku, bowiem nie prezentowali się na tyle dobrze by zająć miejsce w środku tabeli i przez większy okres okupowali najniższe lokaty. Cały kolektyw (jeśli w tym wypadku można użyć takiego słowa) ułożony był pod Teda Scott’a.
Już samo zatrudnienie mającego trudny charakter Amerykanina wywołało falę zdziwienia w gronie ekspertów. Nie tak dawno przecież, ten sam gracz dyscyplinarnie został usunięty ze Sportino Inowrocław, więc trudno było się spodziewać, że przeszedł nagłą przemianę. Zgodnie z przypuszczeniami tak też się nie stało. Scott od początku mając świadomość bezkarności oddawał blisko 40 rzutów na mecz i śrubował swoje statystyki z każdym tygodniem. Te na pewno wyglądały imponująco, tylko problem pozostawał w najważniejszej kwestii – drużynie.
Ta wyraźnie nie mogła poradzić sobie w takiej sytuacji, mimo, że trener Szczubiał chciał powielić schemat, który wypalił rok temu w Zniczu Jarosław, dobierając nawet tych samych wykonawców. W nieobecnym już w szeregach ekstraklasy Zniczu było trzech strzelców (Keddric Mays, Jeremy Chappell, John Williamson), na których w obronie harowali tacy gracze jak Bartosz Sarzało czy Łukasz Diduszko. W Kotwicy zaś, rolę strzelby miał przejąć Scott. Niby pięknie, ale w porównaniu ze wspomnianymi zawodnikami podkarpackiego zespołu Scott okazał się samolubem do potęgi. Popularny Teodor gdy dostawał piłkę w swoje ręce, po maksymalnie kilku krokach wyskakiwał na pół metra w górę i rzucał. Nie trafił? Nic nie szkodzi. Momentalnie ruszał na zbiórkę (poprawiając kolejny z elementów statystyki) i ponownie próbował szczęścia. Jak wiemy, taka „taktyka” zawodziła szczególnie w końcówkach.
Sytuacja poprawiła się nieco po przyjściu Jassie’go Sapp’a, który nieco bardziej rozważnie podchodził do rzutów i był bardziej nastawiony na grę zespołową. Dlatego też, w końcówce sezonu, kiedy Scott nie występował już na parkiecie, kołobrzeżanie rozegrali kilka naprawdę dobrych meczów i udawało im się nawet wygrywać. Szkoda tylko, że tak późno.
Żałować można jeszcze niewykorzystanego w pełni potencjału Darrell’a Harrisa, który niby robił swoje i walczył pod tablicami, ale przez większość czasu grał jakby z foliowym workiem na głowie. Niemniej jednak, tego wszystkiego już nie odwrócimy i teraz w Kołobrzegu czas na popisy włodarzy klubu, którzy muszą teraz zrobić wszystko by zapewnić byt swojej drużynie na kolejny sezon. Czy oni też osiągną wynik gwarantujący pozostanie w lidze?