Z dystansu: Jaka piękna katastrofa

Dodano: 23 kwietnia 2011 18:49
Z dystansu: Jaka piękna katastrofa
Bartłomiej Berbeć, Informacja własna
MediaWiki

 

Powrót atmosfery Playoffs do Madison Square Garden był wydarzeniem wyjątkowym, na które czekali zarówno sympatycy NBA, jak i dziennikarze, eksperci, a nawet sami koszykarze, którzy przecież chętnie w wolnym czasie oglądają rozgrywki najlepszej ligi świata.

Niezwykłym paradoksem było, że miasto uznawane powszechnie za Mekkę basketu nie znało smaku walki o Mistrzostwo NBA od 2004 (oczywiście sensu largo). Nic dziwnego, że każdy spodziewał się po wczorajszej potyczce z wiekowymi Boston Celtics wielkich rzeczy. Niestety, mecz był słaby i wysłał Knickerbockers do krainy potępionych.

Nazywam tak żartobliwie kluby przegrywające w seriach Playoffs 0:3, bo historia oczywiście nie daje im szans. Nie piszę jeszcze epitafium dla tegorocznego zespołu Mike'a D'Antoniego, ale z pewnością ich przyszłość w tych rozgrywkach stoi pod ogromnym znakiem zapytania. Chociaż "Celtów" rok temu posądzano o to, że jako pierwsi w historii mogą roztrwonić prowadzenie trzema meczami, kiedy to Orlando Magic wygrali dwa razy z rzędu, oni jeszcze raz udowodnili swoją wartość. Ten zespół wydaje się naprawdę nieśmiertelny i nie przypuszczam, aby Knicks z takim systemem gry byli w stanie wygrać z nimi czterokrotnie. Przynajmniej nie w tym miesiącu. To doprawdy niebywałe, jakim doświadczeniem, spokojem i wyważeniem (zwanym w USA "poise") i pewnością siebie dysponuje skład Doca Riversa. Zdecydowana egzukcja do bólu tych samych tematów, konsekwentna, nieustępliwa defensywa. C's nie zaskakują, grają swoje, a jednak wczoraj byli lata świetlne przed Knicks. W ich kontekście można mnożyć przysłowia "są jak wino - im starsi tym lepsi", znów "utarli nosa krytykom", "obrona wygrywa mistrzostwa" itd. Skumpy się jednak na głównych autorach sukcesu Paul Pierce i Ray Allen rzucili wczoraj 70 punktów. To o jeden więcej, niż suma ich wiosen na karku. Mają łącznie 69 lat. "Sugar Ray" wkrótce będzie w dziesiątce najstarszych graczy w lidze. Nie przeszkodziło mu to jednak dać wczoraj lekcję dla potomnych, jak należy urywać się po zasłonach i składać się do rzutu. 8/11 z dystansu, ja nie mam pytań. Czapki z głów przed Ray'em dożywotnio za to, co robi w tej serii. Urodzony dwa lata później "The Truth" również błyszczał w ataku, trafiając trochę więcej z półdytansu. Zabójczo, 14/19 i 38 punktów. Dwóch dziadków przejechało się wczoraj po Knicks. Poważnie, ci którzy oglądali mecz wiedzą o co chodzi. Oni raz po raz ośmieszali obronę gospodarzy, trafiając zarówno z asystą przeciwników, jak i z wielu otwartych pozycji, których nie mieli prawa mieć na tym etapie rozgrywek. Kibice byli cichutko jak w teatrze. Tu właśnie możemy przejść do tego, o czym miałem w zamyśle napisać, czyli do Knicks, których sezon jest już raczej zakończony. O ile w pierwszych dwóch spotkaniach stawiali dzielnie czoła weteranom w zielonym, o tyle wczoraj już wyraźnie zabrakło im wiary we własne siły. Przede wszystkim jednak obrony. W pierwszy dwóch meczach dali sobie rzucać średnio tylko 91,5 punktu i do końca byli w grze, przegrywając tylko z geniuszem Ray'a Allena w crunch time. Osłabieni jednak brakiem kilku zawodników i lekko zmęczeni Knicks nie utrzymali tego poziomu na własnym parkiecie i przez to prawdopodobnie będą musieli próbować za rok. Przyjrzyjmy się jednak bliżej historii tego zespołu w tym sezonie, bo jest ona nader ciekawa. Przed nim wielką sprawą było przyjście Amar'e Stoudemire'a, który okazał się mesjaszem koszykówki w "Wielkim Jabłku". Oprócz niego rewelacyjnie spisywał się debiutant Landry Fields, życiowy sezon grał Ray Felton, a Wilson Chandler czy Shawne Williams byli świetni w roli zadaniowców. Zespół z N.Y.C. stał się groźny, nikt jednak nie brał go poważnie w walce o tytuł. Wszystko zmieniło się, kiedy w efekcie wymiany trafili do Knicks superstrzelec Carmelo Anthony i były MVP Finałów Chauncey Billups. Z dnia na dzień zespół z MSG stał się niewygodnym rywalem z niższych partii tabel, na którego nikt z wielkich nie chciał trafić w Playoffs. Jak zatrzymać duet Melo-Stat? Początkowo ta kombinacja przynosiła efekty, drużyna rzeczywiście wygrała kilka ciekawych spotkań. Za szybko daliśmy im chyba jednak kredyt. Na czym zbudowaliśmy mit "wielkich Knicks"? Na rozbiciu kilka dni po transferze Miami Heat, których lali słabeusze dookoła ligi z Cleveland Cavaliers na czele? Już kilka tygodni później ekipy są na przeciwnych biegunach wyniku 3:0. W tej całej fascynacji nieograniczonymi możliwościami Knicks w ataku zapomnieliśmy chyba trochę, że to nie był konsekwentnie i z zamysłem budowany zespół. To zlepek przypadkowych graczy, który akurat otaczał Stoudemire'a, a potem i Anthony'ego. Toney Douglas może i umie rzucać z dystansu, ale jest koszmarnie nierówny i jednowymiarowy. Pod koszem Ronny Turiaf nie budzi już takiego postrachu jak kiedyś. Wąska rotacja powodowała, że ławka niewiele wnosiła do gry, a wczoraj 9 punktów rzucił Bill Walker. Ten sam dunker, który nie zmieścił się w składzie Bostonu kilka sezonów temu i był przymierzany do Asseco Prokom Gdynia. Zapomnieliśmy wreszcie o tym, że jakkolwiek uroczo ogląda się czasem grę teamów D'Antoniego, to nie potrafią one bronić. W starciu z takimi monolitami jak Spurs czy Celtics biją głową w mur.  Wreszcie pech sprzymierzył się przeciwko nim i w kluczowym momencie odebrał im Billupsa, który moim zdaniem mógł zrobić różnicę w tej serii. Amar'e natomiast w ogóle nie był sobą. Dokuczały mu plecy, ale też w kwestii umiejętności przywódczych chyba nigdy nie będzie kimś takim jak jego wczorajszy vis-a-vis Kevin Garnett. Zdarzało się, że wielcy gracze grali słabiej, ale i tak mieli wpływ na swoich kolegów, zaznaczali swoją obecność na parkiecie. Stoudemire wczoraj jednak nie istniał. Do tego Carmelo skręcił kostkę. To wszystko już jednak melodia przeszłości. Chyba pora się więc przyzwyczając, że czas Knicks nadejdzie od przyszłego sezonu. Skład wymaga kilku zmian, może nie stanowczych, ale rozsądnych. Mike D'Antoni musi też zacząć wierzyć w coś więcej, niż w swoje mentalne zdolności i zacząć wdrażać jakieś schematy w obronie. W przeciwnym razie Knicks czeka los Phoenix Suns z połowy poprzedniej dekady, którzy olśnili ofensywą całą ligę, ale ani razu nie dotarli do Finałów NBA.
Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp