Z dystansu: Niezałatwione sprawy

Dodano: 12 kwietnia 2011 00:57
Z dystansu:  Niezałatwione sprawy
Bartłomiej Berbeć, Informacja własna
Obraz własny

 

Niedzielne spotkanie Miami Heat z Boston Celtics nie było jeszcze jednym meczem sezonu zasadniczego. Ten mecz miał duży ciężar gatunkowy, cokolwiek nie mówiliby zawodnicy na konferencjach. Nikt się z resztą tego specjalnie nie wypierał. Trzy poprzednie konfrontacje tych ekip w regular season straciły znaczenie, bo wczoraj stawka było wyjątkowo wysoka.Na szali stawały dwie podstawowe sprawy. Pierwszą z nich była na pewno otwarta droga do drugiego miejsca w Konferencji Wschodniej. Zwycięzca ma w tej materiiluksus liczenia tylko na siebie w ostatnich dwóch meczach, przegrany będzie liczył na potknięcie rywala. Drugą rzeczą był na pewno komfort psychiczny przed ich bardzo prawdopodobnym starciem na kolejnym etapie rozgrywek i wejście z impetem, “momentum” w Play-Offs. Trzecim, trochę ukrytym kontekstem meczu była możliwość obejrzenia dwóch kandydatów do Mistrzostwa NBA u progu rozgrywek postsezonowych. Kalendarz nie mógł ułożyć się lepiej. Niewątpliwie więcej do wygrania w niedzielnej potyczce mieli gospodarze, którzy dzięki zwycięstwu mieli okazję “odpędzić demony”, czyli wreszcie pokonać drużynę, z którą byli ustawicznie porównywani, a nie mogli jej pokonać. Taki bogatszy kuzyn albo nieznośny sąsiad, z którym mamy niezałatwione sprawy. “Celtowie” i tak wygrali serię 3:1, ale to najważniejsze, ostatnie spotkanie należało do Heat. Najważniejsze, bo praktycznie jedyne o stawkę, mające jakiś namacalny cel w zasięgu - w tym przypadku drugie miejsce na Wschodzie i być może uniknięcie starcia z New York Knicks. Kto pamięta o listopadowych spotkaniach, w których Heat byli kompletnie niezgrani? Teraz natomiast musieli oni udowodnić, że przeszli od tego czasu długą drogę i zmienili swoją grę. Goście mogli się z kolei tłumaczyć zmęczeniem, wiekiem, doświadczeniem, kontuzjami, “rok temu też nas lekceważyliście”. Krótko mówiąc mogli sobie pozwolić na porażkę, której nikt nie weźmie za specjalną katastrofę, jak obecna seria Los Angeles Lakers. Jednak nie aż tak wysoką. Nie tak wyraźną. Każda przegrana C’s w niedzielnym meczu była jak najbardziej do zaakceptowania i wręcz przewidywalna, racjonalna. Nikt nie spodziewał się jednak, że ten waleczny zespół tak łatwo podda się w drugiej połowie. W czwartej kwarcie podopieczni Doca Riversa nie podejmowali walki z szalejącymi koszykarzami “Żaru”. Mówiąc o wspomnianym wcześniej “ukrytym kontekście”, widzimy już, co będzie silnymi stronami, a co słabościami danych teamów w walce o tytuł. Miami Heat zagrali niesłychanie atletycznie, ze świetną rotacją w obronie, która zniszczyła i zabiegała ociężałych i wiekowych przecież Celtics. Doskonałym określeniem na wczorajszą grę “Żaru” jest angielskie “intensity”. Owa “intensywność” tego zespołu była świetna do oglądania i aż chciało się kibicować ekipie tak grającej w obronie. Podwojenia, pułapki, wyjścia do piłek, wysokie krycie, przechwyty, ratowanie piłek zza linii. Heat wreszcie chcieli i WRESZCIE im to wyszło. Trochę mniej możemy chyba powiedzieć o "Celtach", którzy z jednej strony rzeczywiście zawiedli, ale z drugiej strony to przecież tylko jeden mecz. Paul Pierce, dwukrotny uczestnik Finałów NBA wiedział już w trzeciej kwarcie, że to nie ich dzień i przecież gdzieś w głowie mogła mu się zapalić przecież lampka - zwolnij, niedługo Play-Offs, trzeba się oszczędzać. Mistrzowska lampka, której nie ma LeBron James. Z niedzielnego meczu płyną więc moim zdaniem dwa główne wnioski. Nie lekceważmy Boston Celtics. Zagrali źle, wyglądają blado, ale wróci Shaquille O’Neal i pojawi się osławiony “presence” pod koszem - czyli obecność wielkiego człowieka odcinającego penetracje. Pojawią się głód wygranych, mentalność zwycięzców, instynkt zabójców, żądza krwi. Rok temu nikt na nich nie liczył. W każdej serii nie byli faworytem. Zabrakło im 24 minut do zdobycia Mistrzostwa NBA... Drugi wniosek jest bardziej znaczący - Miami Heat BĘDĄ liczyć się w walce o pierścienie. Jednak nie są drużyną przypadkową. Jednak nie wymiękają, jednak nie boją się Celtów. Już nie. Psychika i morale Dwyane’a Wade’a i spółki musiało wzrosnąć niemiłosiernie po tym spotkaniu. To wszystko oznacza, że gdy obie te drużyny się spotkają, czeka na wspaniała, pamiętna na lata seria.
Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp