Niezwykła uroczystość w Detroit
Chicago Bulls pokonali na wyjeździe Detroit Pistons 97:91 umacniając się tym samym na prowadzeniu w Konferencji Wschodniej. Nie to było jednak najważniejszą rzeczą w tym meczu.
W hali The Palace of Auburn Hills zawisnie już na stałe koszulka z nr 10 należąca w przeszłości do Dennisa Rodmana, którego klub w końcu postanowił docenić za wkład w dwa tytuły mistrzowskie, jakie Pistons zdobywali w 89 i 90 roku.
To zaskakujące dla mnie. Czuję, że nie zasłużyłem na to, bo nie zrobiłem chyba aż tyle, ile powinienem - powiedział skromnie "Robak". Na uroczystość przybyli koledzy Dennisa z mistrzowskiej drużyny - Joe Dumars, James Edwards, Vinnie Hohnson, Rick Mahorn, Isiah Thomas i John Salley, którzy tworzyli pamiętny zespół "Bad Boys". Greg Monroe, który obecnie występuje w trykocie z "dziesiątką" nadal będzie mógł w nim występować.
Sam mecz wygrali Bulls głównie dzięki postawie dwóch graczy - Derricka Rose'a (27 punktów, 7 asyst) i Carlosa Boozera (22 punkty, 8 zbiórek). Lider Bulls mógł w obcej hali usłyszeć skandowanie pod jego adresem: MVP, MVP! A więc nie tylko w hali Bulls fani się tego domagają, ale i kibice innych drużyn potrafią docenić klasę zawodnika.
Na początku bylo to dla mnie bardzo dziwne, teraz już się trochę do tego przyzwyczaiłem. Jestem z tego powodu bardzo wdzięczny i zawsze będę wdzięczny - w swoim stylu skomentował to Rose.
W ekipie Pistons dobrze zaprezentował się zdobywvca 30 punktów - "Rip" Hamilton.