Zza kosza - Subiektywne spojrzenie na fazę play off

Dodano: 1 kwietnia 2011 06:59
Zza kosza - Subiektywne spojrzenie na fazę play off
Adam Popek, Informacja własna
MediaWiki

Czas leci nieubłaganie. Nie tak dawno ekscytowaliśmy się wszyscy początkiem sezonu naszej  Tauron Basket Ligi, a tymczasem już w najbliższy weekend wchodzi ona w decydującą fazę. To właśnie teraz zaczyna się, bowiem prawdziwa walka o medale, która rozegra się pomiędzy ośmioma zespołami.

Należy pamiętać jednak, że dla niektórych, nadchodzące potyczki wcale nie muszą oznaczać wielkiego splendoru i chwały.

Na początek chciałbym poruszyć temat PBG Basketu Poznań. Dlaczego? Otóż w momencie pisania powyższego mało optymistycznego stwierdzenia od razu pomyślałem o poznańskim zespole. Otóż nie da się ukryć, że dotychczasowe wyniki PBG Basketu nie rzucają na kolana, a przecież miało być zupełnie inaczej. Jak dziś pamiętam wypowiedzi dotyczące walki o czołowe lokaty i stworzenia drużyny, która na trybuny będzie przyciągać tłumy kibiców. Zarówno tych wiernych, jak i sezonowych. Zapewnić to miało zatrudnienie Miliji Bogicevicia oraz połowy „brązowej Polpharmy”, która w zeszłym sezonie była prawdziwą rewelacją rozgrywek. Niestety, ten eksperyment nie wypalił i poznaniacy mieli wielkie problemy z tym, żeby w ogóle znaleźć się w czołowej ósemce. A przecież jeszcze nie tak dawno balansowali wokół 10 miejsca! Strach! Przecież klub mający wszelkie podstawy gospodarczo - finansowe (co w naszych realiach jest nieczęsto spotykane) i ambicje do walki z potentatami nie może się tak marnować. Trener Bogicević jeszcze w pierwszej rundzie sezonu przekonywał, że ten zespół potrzebuje jednego dobrego meczu na przełamanie. Jak się jednak później okazało, takowych „przełamań” było kilka i żadne z nich nie przyniosło pożądanego efektu. Na dzień dzisiejszy w polskiej koszykówce mamy jak na lekarstwo drużyn, które z myślą o wypłatach nie muszą obgryzać paznokci, więc tym bardziej szkoda, że poznaniakom nie udało się wykorzystać wielkiego potencjału, bo szanse ku temu były. Piszę w formie przeszłej, bowiem koszykarzy Basketu w najbliższych dniach czekają ćwierćfinałowe pojedynki z PGE Turowem Zgorzelec i trudno przypuszczać, by wyszli z tej rywalizacji zwycięsko. Oczywiście nie można zapominać, że w dwóch ostatnich starciach tych drużyn o wyniku musiała decydować dogrywka, lecz play off to już zupełnie inna bajka.

Wydaje się, że Turów ma wszystko, co potrzebne pod względem personalnym do tego, by znaleźć się w półfinale. W rozegraniu niepodzielnie rządzi Torey Thomas, a na obwodzie czają się Marko Brkić i Konrad Wysocki. Gdy do tego dodamy jeszcze prawdziwych „zamordystów”, czyli Roberta Tomaszka i Ivana Żigeranovicia tworzy nam się obraz świetnie zbilansowanego kolektywu. Oczywiście pole do popisu będzie miał także Jacek Winnicki, który kieruje tą całą układanką. Były trener m in. Lotosu Gdynia wpoił swoim graczom przede wszystkim ambicję i wolę walki, co z biegiem czasu coraz bardziej procentuje oraz pozwala nadrobić niektóre braki. Czy można się zatem pokusić o stwierdzenie, że Turów jest nie tylko faworytem ćwierćfinałowej konfrontacji, ale też poważnym kandydatem do medalu? Moim zdaniem tak, ponieważ jak pokazała druga runda sezonu zasadniczego, prezentowanie solidnej, aczkolwiek niezbyt wyrafinowanej koszykówki wystarczy do znalezienia się w pierwszej trójce.

Podobnie sprawa wygląda w przypadku Trefla Sopot. Trójmiejska lokomotywa po niemrawym początku z czasem nabrała tempa i stała się jednym z głównych czynników nadających charakter całej lidze. Zresztą dzięki szerokiej obecności w mediach i występach w ERGO Arenie, Trefl w końcu porzucił etykietę ubogiego krewnego zza miedzy (mowa rzecz jasna o Asseco Prokomie), co pozwoliło na wdrożenie na rynek nowej pod względem jakości marki. Teraz, budowana z myślą o seryjnym zdobywaniu medali i występach w europejskich pucharach drużyna w ¼ finału spotka się z Anwilem Włocławek. Paradoksalnie, włocławianie nie powinni być jakąś wielką przeszkodą dla podopiecznych Karlisa Muiznieksa. W tym sezonie Anwil nie odbiega, bowiem zbytnio od ligowych średniaków i trudno spodziewać się nagłego odrodzenia. Na Kujawach z tego powodu zapanował lekki marazm, ponieważ w ostatnich latach fani „Rottweilerów” byli przyzwyczajeni właściwie do samych zwycięstw i trudno jest im się pogodzić z taką sytuacją. Mimo to, w całej społeczności związanej z Anwilem jest jedna osoba, która z optymizmem pochodzi do dalszej rywalizacji. To zatrudniony w miejsce Igora Griszczuka, Emir Mutapcić. Bałkański szkoleniowiec liczy, że jego podopieczni zdają sobie sprawę z powagi sytuacji i zapoczątkują nowy, ciekawy rozdział w historii klubu.

Pomóc w tym ma niezwykle silny Paul Miller, który jest stworzony do gry w strefie podkoszowej, a także nieprzewidywalny Dardan Berisha. O ile dobra forma Amerykanina nie dziwi, o tyle w przypadku Kosowianina jest inaczej. Zwykle pewny siebie i czasem wręcz bezczelny Berisha po długim okresie bezproduktywności w końcu zaczął grać tak, jak się tego po nim spodziewano. Choć notuje jeszcze wahania formy, to faktem jest, że coraz częściej kończy mecz z dwucyfrową liczbą przy statystyce zdobytych punktów, co ma przełożenie na wyniki drużyny. Tym samym, włocławianie zyskali kolejnego gracza, który jest w stanie wnieść bardzo wiele do gry, co z pewnością podbudowało ich morale. Mimo to jednak, ich atuty mogą okazać się niewystarczające. Pod względem personalnym, bowiem to zespół Trefla prezentuje się bardziej okazale i to on będzie miał przewagę własnego parkietu. Dowodzeni przez Filipa Dylewicza sopocianie na pewno będą chcieli powetować sobie pechowe czwarte miejsce z zeszłego roku i zdobyć upragniony medal. Czy im się to uda?

Podobne cele mają też Energa Czarni Słupsk. Podopieczni Dainiusa Adomaitisa z uwagi na świetną pierwszą rundę są wymieniani w gronie faworytów do podium. W związku z tym, nie mogą teraz zejść poniżej pewnego pułapu, bo sprawiliby ogromne rozczarowanie zarówno sobie jak i kibicom. Tym samym muszą jak najszybciej wziąć się w garść po stracie Camerona Bennermana i postawić się aktualnemu zdobywcy Pucharu Polski, co jednak nie będzie łatwe. Polpharma, dzięki zmianie szkoleniowca po kilku pierwszych kolejkach sezonu zasadniczego szybko powróciła na właściwe tory i nadrobiła wszelkie braki poczynione za panowania Pawła Turkiewicza. Efektem tego, nie tylko nawiązała do ligowej czołówki, ale też zdobyła Puchar Polski, co po brązowym medalu z zeszłego sezonu jest największym osiągnięciem klubu. Tym samym, starogardzcy kibice nie tęsknią już za Miliją Bogiceviciem, bowiem mają nowego idola. Został nim Zoran Sretenović, który po przybyciu do Kociewia momentalnie odmienił zespół i poprowadził go do fenomenalnych zwycięstw. Nie można zapominać jednak o tym, że trener rodem z Bałkanów ma na parkiecie swojego specjalnego wysłannika. Jest nim Robert Skibniewski, który po nieudanej przygodzie w Anwilu, okazał się brakującym ogniwem w Polpharmie i stał się jej prawdziwym liderem. To dzięki jego dograniom, tacy gracze jak Michael Hicks i Deonta Vaughn w każdym meczu zdobywają po kilkanaście punktów, co przekłada się  na korzyść zarówno zespołu, jak i ich samych. Oczywistym jest, bowiem, że dzięki temu CV tych wyróżniających się strzelców pięknieje w oczach i po sezonie będą mogli poszukać lepiej płatnej pracy. Tylko, żeby nie zapomnieli podziękować Robertowi…

Kończąc wątek „Farmaceutów”, należy wspomnieć jeszcze o słupskiej drużynie. Nie ma wątpliwości, że czar ich dominacji z pierwszej rundy nadal nie przeminął i wielu patrzy na Energę Czarnych, jako murowanego kandydata do miejsca w czołowej trójce. By jednak to osiągnąć, „Czarne Pantery” muszą znów zagrać z takim polotem jak przed kilkoma miesiącami. Bez tego ich szanse drastycznie maleją. Ponadto, Czarni nie mogą zawieść też włodarzy miasta, którzy przed kilkoma dniami przekazali na rzecz klubu kwotę 600 tys. która ma pomóc w realizacji tych założeń. Dodatkowo, na słupskich graczach ciąży też presja związana z nieudanym poprzednim sezonem, kiedy to uplasowali się dopiero na ósmej lokacie. Czy koszykarzy Czarnych stać na to, by podołać tym wszystkim trudnościom? Dla nich zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby wszystko ułożyło się po ich myśli, bo w przeciwnym razie wizyta prezesa klubu na jednym z treningów może już nie mieć tak łagodnego przebiegu…

Mniejsza presja towarzyszy za to AZS-owi Koszalin. „Akademicy” są kolejną z drużyn, która początek sezonu miała kompletnie nieudany i przez dalszą część rozgrywek goniła swoich rywali. Pogoń koszalinian była jednak na tyle skuteczna, że udało im się wywalczyć miejsce w zacnym gronie najlepszej ósemki, co można odnotować jako jeden z sukcesów. Jego twórcą okazał się nie kto inny jak Mariusz Karol. Trener, który podstaw koszykówki uczył się w odległym od Koszalina o 774 km Rzeszowie powrócił do AZS-u po kilkumiesięcznej przerwie i ponownie sprowadził go na dobrą drogę. Dzięki temu jest szansa, że włodarze klubu nie rozstaną się z nim pochopnie, jak to miało miejsce po zakończeniu poprzednich rozgrywek, ale to już zupełnie inny temat. Powracając do kwestii czysto sportowych, kilka linijek należy poświęcić dla Grady’ego Reynolds’a. Były koszykarz m in. Znicza Jarosław nadspodziewanie dobrze wkomponował się do nowego zespołu i w dużej mierze przyczynił się do ostatnich zwycięstw. Dzięki swojej sile potrafi dominować w strefie podkoszowej i będzie z pewnością jednym z ważniejszych elementów w układance trenera Karola na najbliższe spotkania. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że w ostatnim czasie AZS zmienił swój nieco nudny dla oka styl gry na znacznie bardziej widowiskowy. Nieczęsto się, bowiem zdarza, by któryś z teamów w ligowym starciu przekroczył granicę 110 punktów , a koszalinianom ta sztuka udała się nawet dwukrotnie. Czy zatem możemy spodziewać się, że „Akademicy” w ćwierćfinale play off znów nas czymś zaskoczą?

Tym razem będzie to o tyle trudne, że naprzeciw nich stanie Mistrz Polski. Asseco Prokom, który po wydarzeniach z ostatnich miesięcy (nieudana przygoda z europejskimi pucharami i liczne porażki  w początkowej fazie rundy zasadniczej) jest troszkę podgniłą wisienką na torcie naszej ekstraklasy, wyraźnie próbuje odzyskać dawny blask i znów niepodzielnie rządzić na krajowym podwórku. Dzieje się tak w dużej mierze dzięki temu, że po eksperymentach z zatrudnianiem 25 zawodników, w końcu osiągnięto stabilizację, jeśli chodzi o personalia. Wśród nich, ważną postacią stał się Filip Widenow. Za sprawą odpowiednio dobranej taktyki, Bułgar może wreszcie prezentować pełnię swoich umiejętności, co znajduje odzwierciedlenie w wynikach osiąganych przez Prokom. Dodatkowo, nie można zapominać też o powracającym Qyntelu Woods’ie. Na ile stać Amerykanina doskonale wiemy, więc jeśli tylko będzie miał chęci ku temu, by podjąć walkę z rywalem, gdynianie nie tylko z kwitkiem odprawią AZS, ale i pozostałych przeciwników, w drodze po kolejne trofeum z rzędu. Jakie oblicze zaprezentuje „syn marnotrawny” i cały zespół Mistrza Polski? Na to i wiele innych pytań odpowiedź poznamy już wkrótce.

Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp