Z dystansu: Śnieżący obraz telewizora

Dodano: 31 marca 2011 21:29
Z dystansu: Śnieżący obraz telewizora
Bartłomiej Berbeć, Informacja własna
WikiMedia

 

Chociaż do fazy Play-Offs zostały na dobrą sprawę około dwa tygodnie grania w sezonie zasadniczym, obraz kandydatów do mistrzowskiego tytułu zamazuje nam się coraz bardziej.

Mam wrażenie, że ostatnio im dalej w las, tym zamiast więcej drzew, widzimy ich dużo mniej.

Idealnym przykładem takiego zjawiska są aktualnie San Antonio Spurs. Podopieczni Gregga Popovicha nie są już tą machiną do wygrywania, jaką byli jeszcze w styczniu i lutym. Po przerwie na All-Star Weekend "Ostrogi" prezentują się nad wyraz przeciętnie. Pytanie tylko, czy w ich przypadku jakiekolwiek oceny na podstawie tego, co ugrali w regular season są na miejscu. Spurs to Spurs, zawsze są groźni w Play-Offach, ale mimo wszystko ich ostatnia postawa jest zadziwiająca. Przegrali aż 4 razy z rzędu (taka seria Miami Heat byłaby nagłośniona pewnie nawet w Japonii, w okolicach elektrowni Fukushima nawet ratownicy mówiliby tylko o tym), prezentowali się zupełnie inaczej niż wcześniej, byli po prostu inną drużyną. Nie ta rotacja obronna, słaba egzekucja zwyczajowych zagrywek po rozciąganiu obrony. Gdy jednak przyjrzymy się, kto w nich grał, możemy po części usprawiedliwić Spurs. W żadnym z tych meczów nie wystąpił Tim Duncan, Manu Ginobili w dwóch zaprezentował się w znikomym wymiarze czasowym, a po razie nie grali Tony Parker i Antonio McDyess. W ich przypadku to już naprawdę odwlekanie sprawy do połowy kwietnia. Drugim teamem, którego obraz jest wyraźnie zamazany, są Boston Celtics. W tym sezonie przez klub z TD Garden przewinęło się wielu zawodników, a jeszcze większa ilość zmaga się z urazami. Całe szczęście, że "Wielka Trójka" i Rajon Rondo jakoś się jeszcze trzymają. Co innego możemy powiedzieć o Shaq'u. Kendrick Perkins jest już w Oklahomie. Jermaine O'Neal natomiast, zgadnijcie...jest kontuzjowany, ale planuje wrócić już dziś. W spotkaniu przeciwko...Spurs. Tak jest, mecz dwóch podstarzałych Mistrzów wagi ciężkiej w boksie już tej nocy na antenie TNT. Nie inaczej ma się sprawa z pozostałymi kandydatami. Każdy wie, jaka jest sytuacja z Miami Heat. Zaliczyli już wszystkie możliwe kompromitacje, na czele z klapą w Cleveland i przegranymi do zera seriami z Bostonem i Chicago. Czy to nie jednak za dużo, jak na jeden sezon? Kto wie, czy nie obróci się to przeciwko ich przeciwnikom, bo jeżeli chodzi o przegrywanie, to Heat zdecydowanie zahartowali się w tym sezonie do granic możliwości. Są twardsi od stali. Czasami zbyt twardzi, żeby wybiec chociażby na prezentacje przedmeczową, ale wciąż potrafiący wygrywać w NBA. Oklahoma City Thunder...jest kandydatem do Mistrzostwa NBA i w zasadzie tyle możemy o nich powiedzieć. Kevin Durant nadal sobie rzuca, krok do przodu zrobił Russell Westbrook, doszedł Kendrick Perkins, ale ich siła jest podobna, jak przed rokiem. Tyle, że teraz będą zdecydowanie wyżej rozstawienie i powinni przejść pierwszą rundę. Co będzie dalej? To jest pytanie, ale na pewno będą musieli liczyć na "leadership" "Durantuli". To może być gratka podziwianie w akcji zmotywowanego Duranta. W dodatku uzupełnionego dobrze broniącym centrem. O Los Angeles Lakers też za wiele napisać się nie da, poza tym, że czasem wygrywają, czasem przegrywają. Kobe jest w niezłej formie i robi swoje. Reszta zespołu jest też już nam dobrze znana, więc po co przyglądać im się bliżej? I tak będą się liczyli w walce o tytuł. Podobnie jak Dallas Mavericks. W teksańskim zespole znaczącą zmianą w stosunku do zeszłego roku jest na pewno dojście Tysona Chandlera. Jest to klasyczny center, dający "presence" w trumnie i dobrą obronę, dysponujący świetnym zasięgiem ramion. To spora zmiana jakościowa, ale euforia z początku sezonu, kiedy mówiło się, że to już "ten sezon" Mavericks zdecydowanie ucichła. Szans jednak nikt im nie odbiera, wręcz przeciwnie. Ten klub będzie liczył się w walce o tytuł na dzikim Zachodzie. Wreszcie Chicago Bulls, którzy są najmłodsi i najmniej doświadczeni w całym gronie, ale też i trochę niedocenieni. Nie ma co się dziwić, bo rzeczywiście nie przemawia za nimi doświadczenie. Wygrane z sezonu zasadniczego znaczą w Play-Offach tyle co nic, a weterani z San Antonio, Bostonu czy Los Angeles zjadali już setki takich ekip jak tegoroczni Bulls na śniadanie. Magia Derricka Rose'a i jego sezonu jako MVP może jednak nieść ten zespół. Do tego mają wyjątkową obronę i trenera Thibodeau, świetny duet pod koszami i...są wygłodniali. "Byki" powinny być tegorocznymi "czarnymi koniami". Ich obraz jest jednak dla odmiany nad wyraz ostry i przejaskrawiony. A może tylko wyraźny na tle bladych rywali? A jak Wy sądzicie, kto w tym momencie najbardziej zasługuje na pierścienie mistrzowskie?
Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp