Z dystansu: Jak Nets nie wybrali Kobe'go
Kobe Bryant jest obecnie jedną z największych hollywoodzkich gwiazd. Zna go cały świat, jest jedną z najpopularniejszych osobistości w Los Angeles, pięciokrotnym Mistrzem NBA, MVP ligi i Finałów.
Gdyby pewni ludzie pomyśleli trzeźwo w 1996 roku, „Black Mamba” mógłby budować swoją sławę po drugiej stronie USA i być częścią innej organizacji.
Osobą, która popełniła ten błąd jest John Calipari, obecnie trener Kentucky Wildcats, jeden z najbardziej cenionych w akademickim środowisku. Właśnie świętuje kolejny awans do Elite Eight, prowadząc nowy narybek NBA. Wtedy jednak był coachem New Jersey Nets i miał okazję jako jeden z pierwszych przekonać się o niespotykanym talencie młokosa z przedmieść Philadelphii.
Klub zaprosił wtedy Kobe Bryanta na treningi pokazowe do hali Fairleigh Dickinson University. Eksperci nie wierzyli wtedy w niego – był jednym z nielicznych, który przystępował do Draftu ze szkoły średniej. Mówiono, że jest młody, niedoświadczony, przereklamowany. Kiedy jednak Calipari zobaczył go na własne oczy, oniemiał.
„Gdybyście oglądali te treningi, to albo myślelibyście, że powiedzieli temu chłopcu, jak nas oszukać i zrobić z nas głupków albo, że jest on z innej planety. Był piekielnie dobry. Przyglądałem mu się trzykrotnie, bo myślałem wtedy muszę zobaczyć tego dzieciaka jeszcze raz, bo to jest surrealistyczne.”
Szkopuł w tym, że Calipari dopiero zaczynał swoją przygodę z NBA, nie miał jeszcze nosa do wyławiania talentów. A za Bryantem już stała cała armia koszykarskich tuz, ze znanym agentem Arnem Tellemem na czele. Adidas też położył już wtedy swoje ręce na jego talencie. Stąd propozycja testów w Los Angeles – większym rynku, który otwierał szansę na sprzedanie większych ilości koszulek i butów. Prosty rachunek, czysty zysk. Lakers mieli tylko się nim zainteresować.
Trening oglądał sam Jerry West, postać legendarna, którego sylwetka figuruje przecież nadal w logo NBA. Bryant mierzył się w nim z niejakim Dontae Jonesem, gwiazdą Uniwersytetu Mississippi. Kobe go zniszczył. Oniemiały West zszedł z trybun na parkiet i kazał przerwać trening. „Przerwijcie to” - powiedział. „Nie muszę widzieć już nic więcej. Game over.”
Lakers oszaleli na punkcie młodziaka. Wiedzieli, że ich wybór w Drafcie jest za niski, aby go pozyskać, więc zaczęli działać, by pozyskać go w wymianach. Potrzebny był tylko chętny, którym później okazali się Charlotte Hornets. "Jeziorowcy" zdecydowali się nawet oddać za niego swoją gwiazdą, serbskiego środkowego Vlade Divaca.
Tutaj dochodzimy do punktu, w którym Calipari popełnił prawdopodobnie swój życiowy błąd. Dał się zniechęcić, omamić czy cokolwiek to było. Pękł i nie zdecydował się wybrać Bryanta. Pominął go w Drafcie. "Wszyscy wiedzą, że mnie przegadali" - mówi John.
Teraz odbywał ze swoją uczelnianą drużyną sentymentalną podróż do New Jersey. Kiedy znów jest u szczytu sławy i w dobrym momencie swojej trenerskiej kariery, łatwiej wspominać tę pomyłkę. Mówi, że Tellem straszył go, że Kobe będzie wysłany najpierw do gry we Włoszech, gdzie spędził większość dzieciństwa. Zdecydował się więc wybrać obiecującego gwiazdora Villanovy, dobrego strzelca Kerry'ego Kittlesa...
W międzyczasie Kobe poprowadził Lakers do pięciu tytułów, a Calipari stracił pracę w 1999. Był to dla niego upokarzajacy moment, a żona musiała wyciągać do włoskiej restauracji w pobliżu ich dłych myśli. Do tej pory wypomina mu się tamten błąd. Nikt nie piętnuje wcześniejszych wyborów Vitalija Potapienki, Todda Fullera czy Samakiego Walkera. Przedstawiciele tamtych drużyn nie mieli okazji oglądać Bryanta. Calipari ją miał. Piętnaście lat później, kiedy jego podopieczni zalewają ligę i stają się jej gwiazdami, a jego splendor wrócił, Johnowi łatwiej przychodzi wspominanie tamtych wydarzeń. A co by się stało, gdyby Kobe nie zdecydował się zostać w NJN? A co, gdyby jego talent aż tak się nie rozwinął? Przecież Kittles nie był zły...
Jest to bez wątpienia interesująca, mniej znana wcześniej historia. Jak widać ogromną rolę w karierze Bryanta odegrał Tellem, który nękał Calipariego telefonami, starając się zniechęcić go do wzięcia Kobe'go w Drafcie. 18-lat miał za sobą genialnego agenta i armię promotorów z Adidasa, którzy postarali się, by Calipari odniósł wrażenie, że wzrok go mylił. Nie mylił. I choć Kobe nie jest „drugim Jordanem”, to jest prawdopodobnie największym zawodnikiem grającym w ten sport od zakończenia jego ery.