Airball: Wygrani czy przegrani?
Zbyt wcześnie na końcowe oceny, jednak coraz głośniej mówi się w środowisku koszykarskim o pozytywnym aspekcie pozbycia się Carmelo Anthony’ego z Kolorado.
Dlaczego tak się mówi? Może z tego powodu, iż Denver Nuggets od momentu transferu mają bilans 11:4. Ale nie tylko. Jeśli ktoś dobrze śledzi tę drużynę od początku rozgrywek, to z pewnością zauważy coś ciekawego. Dopóki był tam „Melo” to ten zespół grał nierówno, czasami wręcz denerwująco dla oka.Jeśli można by przyrównać ten zespół do rzeczy materialnej, to przypominał trochę napompowany do granic możliwości balon. Balon nadmuchiwany coraz bardziej głównie przez dziennikarzy, którzy co chwila prześcigali się w spekulacjach gdzie trafi Anthony. A sam zainteresowany, swoją osobą zaczął drażnić nawet swoich największych fanów. Bo raz potrafił zagrać na swoim najwyższym poziomie, a innym razem kompletnie zawodzić. Pamiętajmy jednak przy zbytnim atakowaniu Melo, że zawodnik pod koniec ubiegłego roku stracił siostrę, która była jedną z najważniejszych osób w życiu prywatnym zawodnika. Zespół znalazł się w trudnym momencie i nie wiedział chyba w jakim kierunku idzie,a większość obserwatorów patrzyła na ten team sceptycznym okiem, gdyby doszło do jakiejkolwiek wymiany.
Aż w końcu do niej doszło. Od tej pory podopieczni Karla spisują się naprawdę nieźle i co najważniejsze, są jedną z najciekawiej i najefektowniej grających drużyn w lidze. A co jest fenomenem tej ekipy? Chyba to, że jest pozbawiona lidera, a ciężar gry spoczywa po trochu na każdym z zawodników. Wiele miały nam powiedzieć trzy spotkania, jakie Denver rozegrali w ostatnim czasie. Dwa na Florydzie i wczorajszy ze Spurs. Z Florydy wrócili bez zwycięstwa, ale w pierwszym przypadku (Magic) przegrali w ostatniej sekundzie meczu, a w drugim (Heat) walczyli do końca. A już wczoraj udało się pokonać zespół z najlepszym bilansem w lidze.
Weźmy ostatnie starcie ze Spurs. Kto był bohaterem? Przebudzony Al Harrington, który zdobył 27 punktów, dojrzały J.R Smith i powracający po kontuzji najlepszy Felton, którzy uzyskali po 18 „oczek”. Co ich łączy? A to, że wszyscy trzej mecz rozpoczęli obserwując poczynania kolegów z ławki… I wcale nie czyni to ich w żadnym wypadku gorszymi. Zespół nie ma słabych stron, na każdej pozycji znajdują się wartościowi gracze, a największym problemem Karla jest chyba obdzielenie wszystkich odpowiednią ilością spędzanych na parkiecie minut. Wszyscy trzej mogą być liderami, ale czy Gallinari, Nene, Lawson i Chandler nie mogą nimi być? Chyba w tym właśnie tkwi piękno tego zespołu – mogą polegać na kilku zawodnikach, co bardzo utrudnia grę ich rywalom.Co dalej? Drużyna ta z pewnością mistrzostwa NBA w tym roku nie zdobędzie, jednak warto postawić na ten skład w przyszłym sezonie, dokładając może jeszcze kogoś pod kosz, gdzie zapewne zwolni się miejsce po obciążającym budżet Martinie. Wiem co teraz pomyślą niektórzy – a może by tak MG do Nuggets, a Nene przesunąć na pozycję numer cztery? Póki co nie zapędzajmy się aż tak daleko i czekajmy na rozwój wydarzeń.
Jak na razie tytułowe zdanie jest bliżej tego pierwszego wyrazu. I oby tak dalej. Nie każda drużyna musi przecież kończyć tak, jakk kiedyś Minnesota, czy ostatnio Cleveland.