Z dystansu: Czy Gortat jest gwiazdą NBA?
Marcin Gortat zaczyna żyć swoim amerykańskim snem. Niespodziewana przeprowadzka z Orlando Magic do Phoenix Suns wychodzi mu na dobre, więcej niż dobre.
Polski gracz przeskoczył nie o jeden, a o dwa poziomy. Czy możemy już nazywać go gwiazdą?
Jako rezerwowy center na Florydzie (chociaż w sumie jego uprzednią rolę najlepiej definiuje „zmiennik Dwighta Howarda”) Polak był wśród koszykarzy „obiecujących” i „przyszłościowych”. Początkowo wszystkich nas łącznie z nim to satysfakcjonowało, ale im dłużej ten stan się przeciągał, tym bardziej go frustrował. Łącznie trwał aż cztery lata. W ciągu trzech krótkich miesięcy dał on jednak susa na półkę „niezłych zawodników” i przymierza się do wylądowania na tej z gwiazdami NBA. Tak, Marcin Gortat jest już prawie gwiazdą NBA. Jakkolwiek niewiarygodnie to brzmi.
Zostawanie kimś takim, jak gwiazda NBA, prezydent Stanów Zjednoczonych czy dyrektor korporacji wymaga czasu. Nie dzieje się z dnia na dzień. To określona rola, do której trzeba dorosnąć, sprawdzić się w wielu różnych sytuacjach i spełnić szereg wymagań. Nawet największe talenty ze szkół średnich i akademickiej ligi NCAA po przyjściu na zawodowe muszą przejść bardzo długą drogę, zanim nazwiemy je gwiazdami. Weźmy na przykład zeszłoroczny Draft i jego numer jeden - John Wall - obwołany przed przyjściem rozgrywającym, który zrewolucjonizuje sposób gry na tej pozycji. Czy jest już gwiazdą NBA? Liderem słabych Washington Wizards tak, ale czy gwiazdą? To kwestia dyskusyjna. Evan Turner? Na pewno nie. Derrick Favors? Jego czas jeszcze nadejdzie. Wyjątkiem są tylko takie fenomeny jak Shaquille O'Neal czy Blake Griffin, którzy status ten zyskują z miejsca.
Status. To dobre słowo. Statusu nie zdobywamy z dnia na dzień. Marcin Gortat jest tym samym coraz bliżej statusu gwiazdy. Bo jak inaczej nazwać gracza, który w 15 ostatnich spotkaniach w przeliczeniu na 36 minut notuje ponad 15 punktów i 10 zbiórek, będąc podstawową opcją w ataku swojej drużyny, pokazując młodym pokoleniom, jak powinna wyglądać współpraca centra z rozgrywającym w sztandarowej koszykarskiej zagrywce zwanej pick'n'roll? Jak inaczej nazwać zawodnika notującego z ławki rezerwowych średnie w okolicach Andrew Boguta, przewodzącego wśród zmienników w kategorii double-double, wyprzedzającego takie gwiazdy jak Lamar Odom, kandydującego jednocześnie do nagród MIP i 6th Man Of The Year? Pamiętajmy, że startującym centrem w Phoenix Suns jest wciąż...Robin Lopez. A Marcin Gortat jest w tym zespole od czterech miesięcy...Jaka będzie jego forma, kiedy w pełni dostosuje się do systemu i razem z drużyną przebrnie przez okres przygotowawczy? Nie boję się wybiegać w przyszłość odważnie, bo lubię być optymistą, ale i są do tego w tym przypadku racjonalne postawy.
Dla Marcina Gortata nie ma barier, rzeczy nieosiągalnych. Każdego dnia skupia się na rozwoju. Krok po kroku, rzut po rzucie, zbiórka po zbiórce. Nie chcę przesadzać, ale gdybym miał postawić Polakowi cel, ale realny, będący w zasięgu ręki, to jest to występ All-Star Game. Już w następnym sezonie. Jeżeli nie, to w kolejnym. Ilu mamy centrów lepszych od „Polish Hammera” w Konferencji Zachodniej? Andrew Bynum? Tyson Chandler? Marc Gasol? Zdrowy Yao? Brazylijczyk Nene i Al Jefferson wydają się poza zasięgiem, ale ich średnie są zupełnie porównywalne. Teraz, w tym momencie. Pomyślmy co będzie, gdy Gortat znów zrobi krok do przodu. Tak jak w niedzielny wieczór, kiedy nie obawiał się stanąć na drodze największemu potworowi w NBA, Blake'owi Griffinowi. Inni, przeciętni zawodnicy przyglądaliby się, tak jak Timofey Mozgov. Polak odważnie poświęcił własne ciało, wymusił najefektowniejszy faul w ataku tego sezonu, spowodował usunięcie „Bad Blake'a” z boiska i został bohaterem swojej ekipy, a jednocześnie celem gracza Clippers na przyszłość (na pewno ma coś w rodzaju „czarnej listy”, patrz Rodney Stuckey).
Może się wydawać, że przed naszym rodakiem naprawdę świetlana przyszłość w Arizonie. Należy jednak postawić dwa fundamentalne pytania. Po pierwsze – jak będzie prezentował się Polak nie mając u boku jednego z najlepszych kreatorów gry dla wysokich w pick'n'rolach w historii NBA, Steve'a Nasha, gdy ten zakończy karierę? Po drugie – czy jego przyszłość jest w stu procentach związana właśnie z Phoenix Suns? Czy po odejściu dwukrotnego MVP na emeryturę (a może wcześniej w wymianie, o czym często się mówi?!) kierownictwo „Słońc” zdecyduje się budować klub wokół Gortata jako pierwszoplanowego zawodnika, czy też w gorączce wymian i szybkiej przebudowie odda go do innego zespołu?
Odpowiedzi na te pytania niestety tak łatwe do uzyskania nie są. Tylko na pierwsze możemy sobie odpowiedzieć, przynajmniej częściowo. Marcin na każdym korku podkreśla, jak wiele zawdzięcza swojemu partnerowi z zespołu i jak bardzo zyskuje na jego obecności na boisku. Pytany o współpracę z drugim rozgrywającym, całkiem solidnym przecież Aaronem Brooksem, stanowoczo zaprzecza i jest dużo mniej optymistyczny, mniej przekonany do jego kreatorskich umiejętności. Rozerwanie więc duetu Nash-Gortat oznaczałoby na drodze jego rozwoju poważny wybój, aby nie powiedzieć ogromną przeszkodę. Być może będzie w stanie ustabilizować obecny poziom, ale o zostanie All-Starem już tak łatwo, lekko i przyjemnie nie będzie. W tym przypadku może lepiej, aby Marcin trafił za jakiś czas do innego zespołu? Oczywiście tutaj przyjąć już należy perspektywę czysto teoretycznych rozważań, nie mających za wiele wspólnego z rzeczywistością. Pierwszym zespołem, który przyszedł mi na myśl, są Washington Wizards, kierowani przez charyzmatycznego Johna Walla. Środkowym jest tam obecnie JaVale McGee, zawodnik tak utalentowany, jak pełen braków w grze ofensywnej. Może to wydawać się niepoważne, ale po 2012 roku w Bostonie żaden center nie ma kontraktu...możemy więc pomarzyć o jego współpracy z Rajonem Rondo.
Wszystko, o czym tu napisałem to naturalnie spekulacje, z których wyciągnąć jednak należy jeden konstruktywny wniosek. Polski jedynak w NBA Marcin Gortat poczyna sobie tam coraz lepiej i ociera się już o miano gwiazdy. Do tego, jak to już wyżej wspomniałem, statusu, przybliża go każdy mecz, każde double-double, każda wymuszona szarża w ataku, każdy wsad nad głową Kevina Duranta. Pozostaje życzyć jednemu z najbardziej barwnych sportowców znad Wisły dalszego twardego stąpania po ziemi i nieustannego rozwoju, by kiedyś spełniły się jego cele – zdobycie Mistrzostwa NBA i regularna gra na poziomie All-Star. Nie, nie jestem niepoprawnym optymistą, wybiegam jedynie odważnie w przyszłość.