Trefl zwycięża w Warszawie

Dodano: 20 marca 2011 19:44
Trefl zwycięża w Warszawie
Adam Popek, Informacja własna
Obraz własny

W stolicy, miejscowa Polonia nie sprawiła swoim kibicom kolejnej niespodzianki. Podopieczni Wojciecha Kamińskiego nie sprostali wyżej notowanemu rywalowi i ulegli sopocianom w ostatecznym rozrachunku 62:74.

Czarnym Koszulom nie pomogła dobra dyspozycja Hardinga Nany, który do samego końca zaciekle walczył z defensorami Trefla.

Sopocianie wyszli na parkiet bardzo pewni siebie. Od razu widać było, że tego wieczoru nie zamierzają odpuszczać. Swoją grę opierali w dużej mierze na graczach podkoszowych, którzy w pierwszych minutach jako jedyni zdobywali punkty dla trójmiejskiego zespołu. Poloniści nie zamierzali się, jednak poddawać już na wstępie i po kilku udanych kontratakach zdołali nawet wyjść na prowadzenie. Tyle, że radość z korzystnego bilansu nie trwała długo w ich ekipie. Gracze Trefla, bowiem momentalnie zacieśnili obronę i stołeczni koszykarze nie mieli już tyle swobody przy oddawaniu rzutów, co oczywiście przełożyło się na słabszą skuteczność. Warto dodać też, ze problemem gospodarzy stała się duża liczba przewinień, co w kontekście dalszej rywalizacji nie było komfortowe.

W drugiej kwarcie inicjatywa nadal była po stronie gości, którzy cały czas utrzymywali bezpieczny, kilkupunktowy dystans. Podopieczni Karlisa Muiznieksa jednak nie skupiali się już tylko na skutecznej grze w polu trzech sekund, ale też demonstrowali swoją siłę na obwodzie, co zdezorientowało nieco warszawian. Nie da się ukryć przy tym, że gospodarze grali zbyt bojaźliwie, przez co nie mogli w pełni rozwinąć skrzydeł. Na poparcie tych słów warto wspomnieć fakt, że zaledwie pojedyncze akcje z ich strony kończone były celnymi rzutami. Na nic zdał się też efektowny wsad Tony’ego Easleya, który jako jeden z nielicznych próbował poderwać swój zespół do walki. Wszystko dlatego, że na 4 minuty przed końcem pierwszej połowy, to Trefl prowadził 33:24 i nic nie wskazywało na to, by coś w tej kwestii miało ulec zmianie. Na domiar złego dla miejscowych, w końcówce sopocianie jeszcze podkręcili tempo i po „trójce” Giedriusa Gustasa wynik brzmiał 44:34 na ich korzyść. 

Po zmianie stron, zdająca sobie sprawę z powagi sytuacji Polonia ochoczo ruszyła do ataku licząc, że uda jej się jak najszybciej odrobić straty z poprzedniej połowy. Jej starania długo nie przynosiły zamierzonego efektu, bowiem większość prób ze strony poszczególnych graczy nie znajdowało drogi do kosza. Impas został przerwany po niespełna 4 minutach, kiedy to dystans dzielący obie ekipy zmalał do pięciu „oczek” i sopocianie mogli czuć się zagrożeni. Szczególnie aktywny w szeregach Czarnych Koszul był młody Marcin Nowakowski, który harował za dwóch zarówno w obronie, jak i w ataku. Zresztą dla tego zawodnika był to już kolejny z rzędu dobry występ. Kilka słów pochwały warto też skierować pod adresem Kamila Łączyńskiego, który choć nie był zbyt skuteczny, przechwycił mnóstwo ważnych piłek. Mimo to, ostatnie sekundy ponownie należały do przyjezdnych. Sopocianie znów zagrali tak, jak tego od nich oczekiwano i przed decydującą batalią wygrywali 57:47.

W decydującej batalii, warszawianie robili, co mogli aby włączyć się do walki o komplet punktów. Dowodzeni przez swojego kapitana Hardinga Nanę non stop nękali defensywę Trefla licząc, że zła karta w końcu się odmieni. Nadzieje kibiców w hali „Koło” odżyły, gdy na niespełna 5 minut przed końcem spotkania zza linii 6, 75 m. trafił Darnell Hinson. To po jego rzucie przewaga Trefla po raz drugi w tym spotkaniu zmalała do pięciu punktów i można było zaryzykować tezę, że kwestia końcowego zwycięstwa pozostawała otwarta.  Niestety dla podopiecznych Wojciecha Kamińskiego, ich sen o wygranej szybko przeminął. Trójmiejski zespół podobnie jak w poprzednich partiach nie dał się zaskoczyć i zasłużenie pokonał Polonię 74:62.

Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp