Z dystansu: Kogo oglądać w marcu?

Dodano: 20 marca 2011 18:53
Z dystansu: Kogo oglądać w marcu?
Bartłomiej Berbeć, Informacja własna
Obraz własny

Przedstawiam Wam nasz nowy autorski, ekskluzywny i niedostępny nigdzie indziej cykl artykułów "Z dystansu...", w domyśle oczywiście obiektywnie o koszykówce.

Będziecie mogli poczytać tutaj trochę bardziej wnikliwe teksty o NBA i nie tylko, które oprócz suchych informacji i newsów będą zawierały nasze subiektywne dla odmiany przemyślenia i odczucia. Zapraszam do polemiki i uwag w komentarz, oczywiście w granicach kultury.

Chociaż może nam się to wydawać dziwne i niezrozumiałe, ale oczy amerykańskich kibiców i ekspertów od koszykówki skierowane są teraz nie na parkiety zawodowe, a uczelniane boiska. Trwa „March Madness” - marcowe szaleństwo, czyli turniej, w którym mierzą się ze sobą teoretycznie najlepsze drużyny akademickie Stanów Zjednoczonych.

Fascynację nieprofesjonalnym sportem, który równie dobrze uprawiają tacy jak my, nie jest łatwo zrozumieć nie będąc obywatelem USA i nie będąc wychowywanym od dziecka w duchu szlachetnego sportowego współzawodnictwa. System szkolenia młodzieży jest u nas diametralnie inny niż za oceanem i jest poniekąd pochodną piłkarskich struktur. Kluby zakładają specjalne sekcje dla dzieci i juniorów i to one determinują dalszą drogę młodych sportowców. Krótko mówiąc – wszystko uzależnione jest od pieniędzy, jakie organizacje przeznaczają na narybek i od okazji młodych chłopców do trenowania w „kuźniach talentów”, a nie prowincjonalnych klubikach.

Zupełnie inaczej jest w USA. Tam jakiekolwiek rozmowy amatorskiego zawodnika z profesjonalnymi klubami zrzeszonymi w NBA są zabronione. Młode gwiazdy grające w NCAA mają zakaz kontaktu z potencjalnymi przyszłymi pracodawcami, co ma zapobiegać ewentualnym manipulacjom niedoświadczonymi sportowcami, ale też chronią ich czystość. Ducha sportowego, którego czasem brakuje milionerom w najlepszej lidze świata. Ci chłopcy nie grają dla pieniędzy – reprezentują swoje uczelnie – zazwyczaj wielkie, z ogromnymi tradycjami sportowymi, mając za sobą wsparcie wielu tysięcy studentów żywiołowo dopingujących ich na meczach lub wręcz przeciwnie – niewielkich, nieznanych szkół z prowincjonalnych miasteczek. Idealnymi przykładami takich historii są chociażby uczestnicy zeszłorocznego Final Four – West Virginia czy Butler. Dla takich graczy to być może jedyna okazja, by trafić na czołówki telewizyjne czy okładki gazet.

Może właśnie ta bezinteresowność tak fascynuje Amerykanów. Częściowo jest to też na pewno lokalny patriotyzm. Większość graczy całą karierę podkreśla skąd się wywodzi i bierze udział w życiu społeczności uczelnianej, na której niejednokrotnie spędzili najlepsze lata swojego życia. Zawodowcy grający w NBA związani ze strukturami uczelni nazywani są „alumni”. Najsłynniejsze szkoły mogą pochwalić się bogatymi listami alumni, którzy raz po raz odwiedzają swoje stare „budy”, udzielając rad czy rozmawiając ze studentami. To tworzy klimat, którego w naszych AZS-ach raczej chyba nigdy nie uświadczymy. Ileż to razy słyszeliśmy Reggie Millera faworyzującego absolwentów UCLA? Któż z nas nie wie, że najsłynniejszym absolwentem North Carolina University jest Michael Jordan? Ile serca wkłada w życie Michigan State legendarny Magic Johnson?

Cała ta niepowtarzalna atmosfera i klimat sprawiają, że w marcu NBA schodzi na drugi plan, a każdy ma szansę oglądać nieopierzonych liderów ekip uczelnianych, którzy w przyszłości będą największymi gwiazdami tego sportu i dołączą za 30 lat do Hall-of-Fame. Wielka musi być satysfakcja kibica, który wypatrzy swojego ulubieńca gdzieś w fazie Sweet Sixteen, a potem będzie miał okazję obserwować jego rozwój na zawodowych parkietach od bojaźliwego debiutanta po MVP Finałów. Właśnie takie scenariusz powodują, że przeciętny John Doe, czyli odpowiednik naszego Kowalskiego, chce oglądać właśnie tych młodych chłopaków. Na kogo jednak patrzeć, skoro w drabince turniejowej widzimy 64 teamy, których nazwa większości z nich raczej się nie kojarzy? Postanowiłem zrobić więc małe badanie, które da odpowiedź na pytanie – która amerykańska uczelnia jest ostatnio największą „kuźnią talentów”? Która drużyna uczelniana daje nam najwięcej potencjalnych gwiazd, a która jest raczej przereklamowana?

Aby tego dokonać, postanowiłem przyjrzeć się pięciu ostatnim Draftom do NBA – z lat 2006-2010. Kryterium wyboru „gwiazdy NBA” jest czysto subiektywne. Trudno porównać tegorocznych rookies z graczami z pięcioletnim stażem, ale śmiało można kierować się potencjałem, który już w tych 60 spotkaniach zdążyli zaprezentować. Wyszedłem też z założenia – bez odzwierciedlenia w rzeczywistości – że każdy z tych Draftów jest równy i z każdego z nich wybrałem 10 zawodników, którzy moim zdaniem na miano gwiazdy zasługują i postanowiłem przyjrzeć się ich akademickim korzeniom. Myślę, że przy wyborze 2-3 graczy na rok moglibyśmy uzyskać niemiarodajne i nieporównywalne wyniki (nabory z 2006 i 2010 były wyjątkowo nierówne), ale wraz ze wzrostem skali do 10 koszykarzy te różnice powinny się już nieco zatrzeć i w ten sposób zbilansować, wypośrodkować. Chodziło o dobór w miarę reprezentatywnej próby (ale i nie za dużej), z której można by wyselekcjonować najlepsze pod względem przyszłych gwiazd NBA Uniwersytety w USA.

Zobaczmy, jak przedstawiły się wyniki.

Prawdziwymi wylęgarniami talentów na przestrzeni ostatnich 5 lat są 3 bardzo znane uczelnie - UCLA, Floryda i Kentucky. Te trzy uniwersytety odstawiły konkurencję w sposób dość znaczący. Bruins dali nam 4 (K.Love, R. Westbrook, D. Collison, R. Hollins) gwiazdorów ligi, podobnie jak Wildcats (J. Wall, R. Rondo, E. Bledsoe, D. Cousins). Bezprecedensowy był zwłaszcza ubiegłoroczny Draft, w którym to w pierwszej rundzie wybrano rekordową liczbę pięciu zawodników Kentucky, z których jednak dwóch nie policzyłem w zestawieniu (P. Patterson i D. Orton). Należy jednak wyróżnić graczy reprezentujących biało-niebieskie barwy Kentucky. Trzecią szkołą wręcz taśmowo produkującą świetnych zawodników, których uczelniane kariery znajdują przełożenie na NBA jest Florida. Gators, którzy podbili w ostatnich latach zawodowe parkiety – Joakim Noah, Al Horford, Corey Brewer i Mareesse Speights. Bardziej jest znana przede wszystkim pierwsza trójka, występująca razem w jednym czasie i będąca członkami zespołu, który wygrał NCAA dwa razy z rzędu w latach 2005-06. Speights jest na razie zawodnikiem solidnym, ale jeszcze sporo dobrej gry przed nim. Tym samym w przypadku UCLA, Florydy i Kentucky szansa, że trafi nam się jakaś gwiazda NBA wynosi każdego roku 80%, więc wśród tych zespołów możecie już bez większego ryzyka podpatrywać swoich nowych ulubieńców.

W drugim szeregu, z trzema gwiazdami, umiejscowiło się kilka znanych szkół. Są to następująco Georgetown, Kansas, LSU (Louisiana State University), Memphis, North Carolina, Ohio State, Texas i USC (University of South Carolina). Przyjrzjmy im się z bliska po kolei. Zacznijmy od Georgetown. Ta szkoła wypuściła w ostatnich 5 latach do NBA Roy'a Hibberta, Jeffa Greena i Grega Monroe. Dwóch z tych zawodników występuje pod koszami, a Green jest swingmanem z pozycji 3 / 4 i również dysponuje pokaźnym wzrostem. Możemy wysunąć więc nieśmiało wniosek, że w Georgetown dobrze szkoli się wysokich graczy. Podobne zjawisko zaobserwować można chociażby w LSU – Glen Davis, Anthony Randolph, Tyrus Thomas (a kiedyś nawet Shaquille O'Neal). Nie są oni co prawda środkowymi, ale to typowi wysocy, słynący z dużej atletyki (a w przypadku Davisa – siły). Uniwersytet USC daje nam ostatnio dobrych strzelców – OJ Mayo, Nick Young i DeMar DeRozan to wschodzące siły obwodowe NBA, zwłaszcza tych dwóch pierwszych dysponuje zabójczymi rzutami z półdystansu. Jeżeli szukamy wyjątkowo silnych i uwielbiających atakować kosz guardów, nasze oczy powinny skierować się na zespół Memphis Tigers. Stamtąd do ligi przyszły dwie gwiazdy – Derrick Rose, Tyreke Evans, a także strzelec Rodney Carney. Texas dał nam chyba największą gwiazdę z tego okresu – Kevina Duranta, a oprócz niego zawodnika ocierającego się o poziom All-Star LaMarcusa Aldridge'a oraz dobrego strzelca Daniela Gibsona. Pozostałe wymienione wcześniej szkoły produkowały graczy w raczej zbilansowany sposób. Kansas dało nam dwóch dobrych obwodowych – Mario Chalmersa i Xaviera Henry'ego, ale również podkoszowego Cole'a Aldricha. North Carolina wypuściła superszybkiego rozgrywającego Ty Lawsona, atletycznego skrzydłowego Brendana Wrighta i zaskakującego w swoim debiutanckim sezonie podkoszowego Eda Davisa. Ohio State to Greg Oden i Derrick Favors, dwóch wybitnie zapowiadających się (oby na tym się nie skończyło!) wysokich, ale także solidnego, niedocenianego rozgrywającego Mike'a Conley'a.

Grupa szkół, która dała nam w przeciągu ostatnich 5 lat 3 gwiazdy jest jak widzicie zdecydowanie największa. Możemy na to patrzeć w ten sposób, że co roku mamy 60% szanse, że wybrany przez dowolny klub NBA zawodnik po którejś z nich będzie bardzo dobry i o ile będą to Georgetown czy LSU możemy spodziewać się raczej podkoszowych, natomiast USC czy Memphis dadzą nam raczej świetnych guardów.

Na koniec kilka luźniejszych wniosków. Spośród graczy, których zaklasyfikowałem jako gwiazdy tylko jeden zawodnik w przeciągu pięciu ostatnich lat ukończył jeden z najbardziej prestiżowych Uniwersytetów – Duke i miał przyjemność grać pod wodzą Mike'a Krzyżewskiego. Tym zawodnikiem jest nie kto inny, jak JJ Reddick. Najmniej znanym Uniwersytetem, który dał nam gwiazdę NBA w ostatnich latach jest chyba Davidson, a tym szczęśliwcem jest...złoty medalista z Turcji, Stephen Curry. Możemy polegać też na solidnych markach. Connecticut to Rudy Gay, Washington to Brandon Roy, a Indiana to Eric Gordon. Te szkoły dały nam konsekwentnie po jednym zawodniku, ale każdy z nich jest obecnie filarem swojej drużyny (czego o Reddicku powiedzieć raczej nie można).

Wszystkie te typowania i uogólnienia, których dokonałem, należy oczywiście traktować z przymrużeniem oka i raczej w formie zabawy – w świecie sportu nie ma żadnych dziejowych, uniwersalnych, powtarzalnych i niezawodnych praw i takich, na których moglibyśmy polegać w stu procentach. Nigdy nie wiadomo, czy zawodnik z mniej znanej szkoły nie zostanie w przyszłości Hall-of-Famerem. Mam jednak nadzieję, że dałem Wam przynajmniej pewien ogląd na panoramę pięciu najmłodszych roczników biegających po parkietach najlepszej ligi świata i pomoże Wam on nieco w odbiorze tej ligi. Z drugiej strony byłbym rad, gdyby komukolwiek ów artykuł posłużył jako nie tyle niezbędnik, ale pewnego rodzaju przewodnik czy też szkło powiększające w śledzeniu Marcowego Szaleństwa w NCAA. Jak dwie wymienione wcześniej rzeczy nie jest niezawodny i eksponuje tylko część tego, co można przewidzieć. Prawda jest jednak taka, że wszystko może się zdarzyć i warto z bliska przyglądać się każdemu z młodzieńców występujących w March Madness i również wśród niedocenionych i nieznanych zespołów (tak jak przed rokiem Butler czy West Virginia) mogą kryć się koszykarze nazywani później „draft steals”.

Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp