42 punkty Rose'a nie pomogły
Chicago Bulls przerwali passę 8 kolejnych zwycięstw ulegając w Indianapolis miejscowym Pacers 108:115. Dla Indiany było to ważne zwycięstwo w kontekście walki o play off, w których los może skrzyżować właśnie z ...Bulls.
Gdy po trzeciej kwarcie Indiana prowadziła 89:73 mało kto podejrzewał, że w tym meczu dojść jeszcze do dogrywki i ogromnych emocji. Ale ci, którzy tak właśnie myśleli zapomnieli, że w ekipie "Byków" gra Derrick Rose.
Obrońca Bulls praktycznie w pojedynkę toczył bój przeciwko swoim rywalom uzyskując 42 punkty. Rose przetrwał w tym spotkaniu próbę nerwów, gdy już po czasie trzema rzutami z linii rzutów wolnych doprowadził do remisu 102:102. Wcześniej w ostatniej sekundzie czwartej kwarty oddał rzut, po którym rzekomo był faulowany. Powtórka wykazała jednak, że arbitrzy byli w błędzie.
Pacers rozgoryczeni roztrwonieniem wysokiego prowadzenia zmobilizowali się raz jeszcze i uzyskali pierwsze siedem punktów w doliczonym czasie gry nie pozwalając sobie już na wydarcie zwycięstwa.
Pierwsze skrzypce w Pacers grał Hansbrough, który zakończył mecz z dorobkiem 29 punktów i 12 zbiórek. Wspierał go Granger - 19 oczek oraz Collison, który zanotował 17 punktów i 8 asyst.
Pozwoliliśmy sobie aby Bulls byli w stanie doprowadzić do remisu, jednak nie pozwoliliśmy wydrzeć się zwycięstwu całkowicie - powiedział po spotkaniu Granger.
Dobre zawody rozegrał Taj Gibson, który zanotował 8 punktów i 16 zbiórek.21 punktów i 10 zbiórek dołożył jeszcze Luol Deng.
Bulls nie wykorzystali w ten sposób możliwości na odskocznie Celtom by samotnie liderując w Konferencji Wschodniej mając nadal tyle samo porażek co Boston.