Kolejna klęska Miami Heat!
Coraz gorzej dzieje się w państwie Pata Riley. Ekipa, którą jeszcze przed sezonem obwoływano Mistrzami NBA, przegrała już piąty raz z rzędu!
Tym razem podopieczni Erica Spoelstry nie sprostali Portland Trail Blazers i ulegli im 96:105.
Co ciekawe, porażka ta przyszła wraz z fenomenalną postawą dwójki największych gwiazdorów Miami Heat. Dwyane Wade rzucił aż 38 punktów, dodał do tego 6 asyst i 5 zbiórek, a LeBron James otrał się o triple-double - odpowiedni 31, 8, 11. To jednak i tak było za mało.
Tymczasem goście niepostrzeżenie wygrywają jak chcą i pną się w górę Konferencji Zachodniej. Są już na 5. pozycji, a ten mecz był dla nich 7. z rzędu (!) wiktorią na wyjeździe.
Głównymi autorami byli oczywiście niezawodny LaMarcus Aldrigde - 26 "oczek" i Gerald Wallace (22). W końcówce wielkie rzuty trafili także Brandon Roy, a zwłaszcza Wesley Matthews. Trójka tego ostatniego na 103:94 dobiła gospodarzy. Heat przegrywali wcześniej 91:85, ale najpierw D-Wade popisał się trudnym rzutem, a potem LBJ zapakował atomowo, czym doprowadził niemal do eksplozji w American Airlines Arena.
"Potrzebowaliśmy tej wygranej. Starałem się dodać nam trochę energii w końcówce. To spokojnie mogło zakończyć się zupełnie inaczej. Mecz wahał się raz na jedną, raz na drugą stronę, ale szcześliwie trafiliśmy kilka wielkich rzutów" - mówił Andre Miller.
Jak bardzo nie chcielibyśmy komplemetnować przyjezdnych, to i tak tematem numer jeden musi być kryzys w Miami. Choć kryzys to raczej złe słowo - depresja albo swobodny lot w dół - te terminy chyba lepiej oddają to, co dzieje się teraz z Heat.
"Te porażki łamią nam serca. Chłopaki wkładają w nie wszystko, co mogą" - mówił Spoelstra.