Griffin bliski triple-double, ale to Rose górą
W Staples Center miało dzisiejszego ranka miejsce starcie dwóch najgorętszych gwiazdorów NBA w ostatnim czasie. Na przeciwko siebie stanęli Blake Griffin i Derrick Rose.
Mecz troszkę zawiódł, ale mogliśmy podziwiać kilka wybitnych indywidualnych występów.
Los Angeles Clippers walczyli o dziesiątą wygraną z rzędu na własnym parkiecie. Tym razem górą byli jednak Chicago Bulls, którzy wygrali ten mecz wysoko, 106:88
Jak można się domyślać, głównym autorem wiktorii był nie kto inny, a Derrick Rose. Obrońca "Byków" rzucił 32 punkty i asystował przy 11 koszach kolegów z drużyny. Wspomagał go świetnie Luol Deng (26), a także Carlos Boozer, którego należy pochwalić za świetną pracę w defensywie w drugiej połowie przeciwko Blake'owi Griffinowi.
Gwiazdor Clippers także miał tej nocy 32 punkty, ale znów zadziwił zbierając 13 piłek i asystując 7 razy. Otarł się więc o triple-double i prawie zabił Kyle'a Korvera przy jednym ze wsadów w pierwszej połowie, na 45:48.
"Pokonali nas ostatnio, więc chciałem małej zemsty" - mówił po meczu Derrick Rose. "Przeze mnie przegraliśmy tamto spotkanie i to bolało. Ale to sprawiło, że jestem silniejszym graczem. Chciałem więc tylko zagrać agresywnie i szybko przejąć stery nad meczem. Nasza pewność siebie jest już duża. Wciąż się nas pomija, ale to dobrze. Wygrywamy mecz za meczem, ciągle bez Joakima Noaha."
"Jest niesamowitym graczem" - komplementował lidera rywali "Bad Blake". "Ekstremalnie utalentowany. Robi świetną robotę rozdzielając piłkę, ale umie też rzucać. Dlatego tak trudno go bronić".
Kontuzja nadgarstka po raz piąty wyeliminowała z gry Erica Gordona. Bez niego LA wygrało 2 spotkania.
Nie ulega wątpliwości, że zarówno Rose, jak i Griffin, będą w przyszłości walczyli o nagrody MVP. D-Rose może już nawet w tym sezonie.