Polonia triumfuje

Dodano: 29 stycznia 2011 21:06
Polonia triumfuje
Adam Popek, Informacja własna
MediaWiki

Warszawska Polonia w starciu z AZS-em znów pokazała klasę. Podopieczni Wojciecha Kamińskiego mimo, że kilkakrotnie trwonili wypracowaną wcześniej przewagę, ostatecznie zdołali osiągnąć satysfakcjonujący rezultat i pokonali aktualnego zdobywcę Pucharu Polski. Stołeczny team, do triumfu poprowadził Harding Nana.

Kapitan Czarnych Koszul zdobył w tym spotkaniu aż 31 punktów.

Wbrew pozorom jednak, Poloniści w pierwszych minutach prezentowali się bardzo chaotycznie. Zarówno w obronie, jak i w ataku popełniali proste błędy, co nie przynosiło im wymiernych korzyści. Indolencję gospodarzy momentalnie wykorzystali „Akademicy”, a konkretnie Winsome Frazier, który w kilkadziesiąt sekund zdobył pięć punktów z rzędu. Te wydarzenia wyraźnie podrażniły ambitnych warszawian, którzy za sprawą Marcina Nowakowskiego i Hardinga Nany nie tylko powrócili do gry, ale też przejęli inicjatywę. Na uwagę szczególnie zasługiwała dobra skuteczność graczy Czarnych Koszul przy rzutach za trzy punkty. To właśnie ten element sprawił, że w połowie kwarty wynik na tablicy świetlnej brzmiał 18:11 i można było odnieść wrażenie, że miejscowi poczuli się bardzo pewnie. AZS natomiast, czując na sobie presję wyniku, nie był w stanie dorównać kroku rywalowi, a trener Mariusz Karol nie krył z tego tytułu złości.

Po ostrej reprymendzie od swojego szkoleniowca, koszalinianie w drugiej „ćwiartce” otrząsnęli się z letargu i dowodzeni na parkiecie przez wspomnianego już Fraziera odrobili znaczną część strat. Nie byłoby to jednak możliwe bez poprawy gry obronnej. Sprawiło to, że zdobywanie kolejnych punktów z dalszych odległości nie przychodziło Polonistom tak łatwo i „Akademicy” mogli nawiązać równorzędną walkę. Tyle, że po chwili miejscowi, znaleźli inny, równie dobry sposób na defensywę rywala. Wykorzystując niezwykle szybkich graczy podkoszowych niwelowali oni wszelkie braki ze strony koszykarzy obwodowych i nie pozwalali AZS-owi na wypracowanie choćby minimalnej przewagi. Na nic zdały się też popisy Grzegorza Arabasa. Doświadczony Polak imponował, co prawda aktywnością w niemal każdym sektorze boiska, lecz nie przekładało się to na korzyści zespołu, który mimo optycznej przewagi, po 20 minutach mógł się poszczycić zaledwie jednopunktowym prowadzeniem, 43:42, co w kontekście dalszej rywalizacji nie dawało poczucia bezpieczeństwa.

Wobec tak wyrównanego stanu gry, po zmianie stron na parkiecie rozgorzała prawdziwa walka. Plasujący się niżej w ligowej tabeli goście, próbowali oprzeć swoją grę na duecie Reese – Frazier, lecz ten nie był już tak skuteczny jak w pierwszej odsłonie pojedynku. Warszawianie natomiast, za sprawą rozgrywającego bardzo dobre spotkanie Nowakowskiego, ponownie podkręcili tempo i po zaledwie czterech minutach drugiej połowy prowadzili 54:44. W tym momencie stało się jasne, że podopiecznym trenera Karola o satysfakcjonujący rezultat tego wieczoru będzie niezwykle trudno, zwłaszcza, że gospodarze z minuty na minutę grali coraz lepiej. Nie bez znaczenia pozostawał fakt, że w ich szeregach ponownie zafunkcjonowała największa broń, czyli rzuty zza linii 6, 75m. Co ciekawe, w tym elemencie prym wiódł… center, Harding Nana. Warto dodać, że były gracz m in. Turowa Zgorzelec w całym meczu zanotował cztery „trójki”. W tym samym czasie, „Akademicy” dwukrotnie podejmowali próbę pościgu, ale za każdym razem górę brał indywidualizm. Wpływ na to miało też niezdecydowanie w końcowych fazach akcji, kiedy to gracze AZS-u często wręcz nie wiedzieli, co zrobić z piłką. W związku z tym, przed decydującą batalią przegrywali oni 70:57 i nic nie wskazywało na to, by tego wieczoru mieli się jeszcze włączyć do walki o komplet punktów.

W ostatniej kwarcie, niemający nic do stracenia goście zaczęli grać o wiele bardziej agresywnie w obronie i warszawianie znów mieli kłopot z seryjnym umieszczaniem piłki w koszu. Widząc to, nadmorscy koszykarze przejęli inicjatywę i w połowie kwarty byli gorsi o zaledwie sześć punktów. Ich strata pewnie byłaby mniejsza, ale bardzo słabo dysponowany tego wieczoru Mirosław Łopatka nie trafiał nawet z najbliższych odległości. Nadzieje w obozie gości odżyły po raz ostatni na niespełna trzy minuty przed końcem, kiedy to efektowną „trójką” popisał się Frazier. Wtedy, istniała jeszcze realna szansa na wyrównanie stanu rywalizacji. Chwilę później jednak, wszelkie kalkulacje nie miały już znaczenia. Niebezpieczeństwo zażegnał, bowiem powracający po kontuzji młody Kamil Łączyński i w hali „Koło” rozpoczęła się prawdziwa feta. Poloniści wygrali tym samym jedno z ważniejszych strać w sezonie i zrobili duży krok w kierunku utrzymania ligowego bytu. AZS z kolei, znów zaznali goryczy porażki i jego obecna sytuacja stała się nie do pozazdroszczenia.

Polonia Warszawa - AZS Koszalin 89:82 (29:29, 13:14, 28:14, 19:25)Polonia Warszawa: Harding Nana 31, Marcin Nowakowski 16, David Palmer 13, Darnell Hinson 10, Łukasz Wichniarz 9, Tony Easley 5, Kamil Łączyński 5, Alan Czujkowski 0, Michał Kwiatkowski 0, Bartłomiej Bojko 0, Marcin Krajewski 0.AZS Koszalin: Winsome Frazier 25, Grzegorz Arabas 22, George Reese 16, Igor Milicic 7, Mirosław Łopatka 5, Tomasz Śnieg 4, Slavisa Bogavac 3, Mateusz Bartosz 0, Mateusz Bieg 0, Robert Gibaszek 0.

Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp