Bulls zatrzymali Celtics w szlagierze
Był to mecz dwóch czołowych drużyn Konferencji Wschodniej.
Jak można się było spodziewać, dominowała w nim obrona, a zwycięsko wyszli z niego gospodarze, wygrywając 90:79.
Spotkanie miało mnóstwo smaczków. Na czoło wysuwał się pojedynek czołowych rozgrywających ligi - Derricka Rose'a i Rajona Rondo. W cuglach wygrał go ten pierwszy, prowadząc swój zespół do wygranej z 36 punktami i 5 zbiórkami. Gracz Celtics był bardziej wszechstronny - 13 "oczek", po 5 przechwytów i zbiórek, 8 asyst.
W meczu tym po raz trzeci przeciwko "Celtom" miał okazję wystąpić trener Tom Thibodeau, jeden z głównych autorów mistrzowskiego tytułu z 2008, dzięki zaszczepieniu swojej defensywnej filozofii "Wielkiej Trójce".
W meczu nie wystąpili natomiast Kevin Garnett i Joakim Noah - dwaj świetni podkoszowi, którzy delikatnie mówiąc, nie darzą się sympatią.
Mimo to nie mogliśmy narzekać na brak emocji. Decydująca okazała się czwarta odsłona, w której to gospodarze wypracowali większość przewagi. Podkreślić należy niezłą obronę Bulls, ale przede wszystkim fatalną dyspozycję Celtics w ataku.
"Myślę, że byliśmy dziś koszmarni. To był nasz najgorszy ruch piłką w tym sezonie." - podsumował to Doc Rivers. Ławka gości zdobyła w tym meczu tylko 10 punktów (w tym 6 Jermaine'a O'Neala). Paul Pierce zdobył 21 "oczek", a Ray Allen 19, ale łącznie w czwartej kwarcie oddali...jeden rzut. Bez "Wielkiej Trójki" wygrywać jest trudno...
Carlos Boozer rzucił 22 punkty.