Powrót Amar'e do Phoenix. Suns na równi pochyłej.
Udany powrót do Arizony, gdzie spędził kilka dobrych lat zanotował ostatniej nocy Amar'e Stoudemire. Jego Knicks z łatwością pokonali miejscowe Suns 121:96.
Fani Suns nie zapomnieli o wspólnie spędzonych latach w tej samej hali z liderem Knicks fundując mu owację na stojąco.
To było wspaniałe uczucie. Widać, że fani docenili mój wkład w grę w tej drużynie. Zawsze pozostaną w moim sercu. Od początku meczu założyłem sobie, że chcę dominować. W drugiej części meczu oddałem grę kolegom z drużyny - powiedział po spotkaniu Amar'e.
Stoudemire zagrał kolejny świetny mecz kończąc go z dorobkiem 23 punktów, 9 zbiórek oraz 2 bloków. Bohaterem w jego drużynie był jednak Raymond Felton, który zanotował pierwsze w swojej karierze triple-double, notując ostatecznie 23 punkty, 11 asyst oraz 10 zbiórek.
Po stronie Suns 19 punktów zdobył Vince Carter a 17 dołożył Goran Dragic.
Zupełnie nie udał się pomysł z układem pierwszej piątki coachowi Suns, Alvinovi Gentry'emu. Suns wyszli na parkiet w eksperymentalnym ustawieniu: Pietrus, Hill, Carter, Nash i Childress a więc bez nominalnej czwórki oraz piątki. Efekt? Porażka w zbiórkach 34:59. Na domiar złego trener Suns musiał się wczoraj obrazić na swoich centrów, gdyż Lopez i Gortat spędzili na parkiecie w sumie niecałe 20 minut. Pierwszy z nich miał tylko 2 punkty i żadnej zbiórki, natomiast występ Polaka też nie zbył zbyt udany. Gortat w ciągu 13 minut zanotował 5 zbiórek oraz jeden blok, nie trafił też żadnego z trzech oddanych rzutów, popełnił także 3 faule i miał dwie straty.