Zza kosza - subiektywny przegląd wydarzeń z parkietów TBL
Choć była to ostatnia kolejka naszej ekstraklasy przed niespełna dwutygodniową przerwą, wspominać będziemy ją jeszcze długo, bowiem we wszystkich pięciu spotkaniach emocji nie brakowało i co więcej, nie zawsze zwyciężali faworyci.
Pierwszą niespodziankę sprawiła Siarka, która w piątkowy wieczór pokonała Kotwicę Kołobrzeg.
Mimo, że obie drużyny w tabeli znajdują się blisko siebie, to mało kto spodziewał się takiego rozstrzygnięcia. Na niekorzyść tarnobrzeskiej ekipy przemawiał fakt, że w minionym tygodniu głośno zrobiło się o jej problemach pozasportowych, w związku z czym nie obyło się też bez pewnych roszad. Wbrew przypuszczeniom jednak, podziałało to mobilizująco na podkarpackich koszykarzy. Siarka już pod wodzą Bogdana Pamuły od początku pokazywała, że nie przyjechała nad morze przegrać i kontrolowała boiskowe wydarzenia, dzięki czemu szybko wypracowała sobie sporą przewagę. Duża w tym zasługa Amerykanów, którzy wreszcie zagrali na dobrym poziomie i ostatecznie poprowadzili swój team do upragnionego triumfu. Oczywiście ta wygrana nie zmienia radykalnie położenia beniaminka TBL, któremu do bezpiecznej pozycji jeszcze trochę brakuje, ale pozwala wiązać nadzieje na lepszą przyszłość. Pytanie tylko, czy aby na pewno drużyna z siarkowego miasta zdoła utrzymać taką formę również w pozostałych meczach, bo jeden udany występ na dziesięć to póki co, zdecydowanie za mało. Kołobrzeżanie natomiast, mają czego żałować. W ostatnim czasie spisywali się na tyle dobrze, że pojawiało się coraz więcej pozytywnych komentarzy na ich temat. Zresztą można było odnieść wrażenie, że za wszelką cenę chcą zakończyć ten rok pomyślnie. Niestety dla nich, ta sztuka im się nie udała. Choć podopieczni Dariusza Szczubiała znowu ambitnie odrabiali straty i zdołali doprowadzić nawet do dogrywki, to jak się później okazało, musieli obejść się smakiem. W doliczonym czasie gry, podobnie jak w pierwszej połowie rywal okazał się znacznie lepszy i zdobył w tej części aż o 10 „oczek” więcej. Na nic zdały się też popisy Teda Scotta. Bo cóż z tego, że Amerykanin zapisał na swoim koncie aż 41 punktów, jak drużyna po raz kolejny przegrywa. Jeśli „Czarodzieje z Wydm” w drugiej połówce sezonu też będą przeplatać dobre spotkania słabymi, to obawiam, się, że mogą nie mieć zbyt wielu powodów do radości.
W innym weekendowym starciu również długo zanosiło się na nie lada sensację. W Warszawie, gdzie miejscowa Polonia podejmowała Energę Czarnych Słupsk wynik zmieniał się jak w kalejdoskopie, a różnica klas pomiędzy oboma zespołami była mało widoczna. Gospodarze ewidentnie założyli, że nie mają nic do stracenia i od początku ruszyli do ataku. Dowodzeni przez Hardinga Nanę i Darnella Hinsona toczyli wyrównane boje z liderem ekstraklasy i jeszcze kilka minut przed końcową syreną, mieli realne szanse na objęcie prowadzenia. Tym razem jednak, twierdza „Koło” skapitulowała. Stało się tak w dużej mierze, dlatego, że w decydujących momentach, podopieczni Dainiusa Adomaitisa zachowywali zimną krew i oddalali od siebie zagrożenie. Mimo to, postawa stołecznej ekipy zasługuje po raz kolejny na pochwałę. Prawdą jest bowiem, że walczący o utrzymanie gracze Czarnych Koszul mogliby równie dobrze skupić się jedynie na wygrywaniu z przeciwnikami z dolnej części tabeli, a tymczasem podopieczni Wojciecha Kamińskiego podejmują ambitną walkę nawet z najsilniejszymi. Dzięki temu, nie tylko mogą być spokojni o własną przyszłość, ale i budują pozytywny wizerunek całego klubu. Jeśli chodzi o tą ostatnią kwestię, to warto też poruszyć temat Energi Czarnych. Słupszczanie, dzięki wygranej w stolicy zakończyli pierwszą rundę z zaledwie jedną porażką na koncie i wokół ich zespołu panuje naprawdę świetna atmosfera. Głodni sukcesu zarówno sympatycy jak i działacze klubu wreszcie mogą zaspokoić swoje pragnienia i zastanawia tylko, czy ”Czarne Pantery” będą w kolejnych miesiącach również będą z taką łatwością dystansować ligowych rywali. Jeśli tak, to ligowe podium wydaje się być dla nich jedynie kwestią czasu.
O pierwszej trójce natomiast, powoli mogą zapominać w Zielonej Górze. Zastal, który wyraźnie złapał zadyszkę tym razem nie sprostał Polpharmie, która w bezlitosny sposób obnażyła wszystkie braki podopiecznych Tomasza Herkta. Starogardzianie, w ostatnich dwóch kwartach wręcz dominowali na parkiecie i do samego końca powiększali przewagę punktową. Co ciekawe, mimo braku znaczącego wsparcia ze strony Michaela Hicksa, który jak dotąd nie zawodził, ciężar gry na swoje barki brali pozostali zawodnicy, dzięki czemu okazałe zwycięstwo nad beniaminkiem stało się faktem. Zresztą trzeba w tym miejscu podkreślić, że nie była to pierwsza tak ważna wygrana Polpharmy w ostatnich tygodniach. Wymiernym wskaźnikiem jej wysokiej formy jest pozycja w tabeli, jaką zajmuje. Jeszcze nie tak dawno, klub ze stolicy Kociewia był na samym dnie, a teraz plasuje się wśród najlepszych. Takiego progresu z pewnością wielu może im pozazdrościć. Zachowując odpowiednie proporcje, stwierdzam, że odwrotnie jest w przypadku ekipy z Winnego Grodu. Po euforii na samym początku rozgrywek, kiedy niemal w każdym meczu zielonogórzanie inkasowali komplet punktów, nadeszły chwile słabości i Zastal jest obecnej zaliczany zaledwie do ligowych średniaków. Czy w następnych miesiącach nawiąże do wspaniałych wyników, jakie jeszcze niedawno osiągał? To będzie trudne z racji tego, że pozostałe drużyny nie próżnują i także mają wysokie aspiracje. Poza tym, lubuscy gracze nie będą mogli już liczyć na tzw. efekt zaskoczenia, bowiem rywale już doskonale zdają sobie sprawę z ich mocnych stron i wiedzą jak je zneutralizować.
Podobnie jak „Farmaceuci”, miły prezent na święta swoim kibicom sprawili też zawodnicy AZS-u. Mimo, że nie byli faworytami w konfrontacji z PBG Basketem, pokazali swoją wyższość na parkiecie i z kwitkiem odprawili będących w kryzysie poznaniaków. O zwycięstwie jednak, nie zadecydował jeden zawodnik, a cały zespół, który tym razem nienagannie ze sobą współpracował. Dużą rolę odegrał w tym Igor Milicić. Chorwat umiejętnie dyrygował całym kolektywem i wprowadzał spokój w poczynania partnerów. Dzięki temu, koszalinianie zdecydowanie poprawili sobie humory, bo w obecnej sytuacji, każdy punkt jest dla nich na wagę złota. W stosunku do ich sobotnich rywali natomiast, można powiedzieć, że w tym sezonie specjalizują się w sprawianiu kolejnych rozczarowań. Choć wydaje się, że PBG Basket ma wszystko, co potrzebne, do tego by osiągnąć sukces, to wyniki przez niego osiągane nie zachwycają. AZS jest kolejną niżej notowaną drużyną, która pokonała podopiecznych Miliji Bogicevicia, w związku z czym powodów do optymizmu w wielkopolskiej ekipie zbyt wiele nie ma. Poznaniakom szczęścia nie przyniósł też zatrudniony kilkadziesiąt godzin wcześniej Paweł Turkiewicz, który ma pomóc klubowi w kwestiach szkoleniowych. Wobec tego, kiedy Basket zacznie w końcu grać tak, jak wszyscy tego oczekują? To pytanie pewnie wielu już zbrzydło, lecz widząc, jak marnuje swój potencjał trzeba je powtórzyć po raz kolejny. Bo szkoda, abyśmy w naszej koszykarskiej rzeczywistości stracili drużynę, która mogłaby walczyć o wysokie cele, co z pewnością podniosłoby także poziom całych rozgrywek.
W Zgorzelcu, gdzie rozegrany został ostatni pojedynek w tym roku kibice przeżywali prawdziwy horror. Faworyci miejscowej publiczności, zawodnicy PGE Turowa mimo że do przerwy prowadzili z Treflem Sopot różnicą kilku „oczek”, w drugiej połowie roztrwonili przewagę i o zwycięstwie musiała zadecydować dogrywka. W niej jednak, lepsi okazali się przyjezdni, którzy po celnych rzutach osobistych Lorinzy Harringtona na kilka sekund przed końcem uzyskali minimalną przewagę, której już później nie oddali. Jednakże obiektywnie trzeba przyznać, że sopocianie mozolnie pracowali na takie zakończenie. Dowodzeni przez świetnie dysponowanego Pawła Kikowskiego nie poddali się i do samego końca walczyli o swoje. Dzięki temu, zanotowali trzecią wygraną z rzędu i nadal liczą się w walce o miejsce na podium. Zgorzelczanie za to, z pewnością są mocno zawiedzeni. Byli już, bowiem na dobrej drodze do odrobienia strat poniesionych w pierwszych kolejkach i błyskawicznie pięli się w górę tabeli. Podopieczni Karlisa Muiznieksa sprawili, że piąta ekipa poprzedniego sezonu musi zrobić sobie przymusowy odpoczynek. Tym razem, gospodarzom nie pomógł nawet Marko Brkić, który tradycyjnie imponował umiejętnościami strzeleckimi. Warto dodać, że w końcówce dogrywki, Turów miał jeszcze szanse na wyrównanie, ale Ivan Żigeranović w decydującym momencie chybił. Tym samym, nadgraniczny team nie zakończył rundy w takim stylu, w jakim by chciał, ale jeśli ta porażka podziała na niego mobilizująco, to efekt tego może być piorunujący.