Subiektywnie: Magic na minus w wymianach?!

Dodano: 19 grudnia 2010 00:28
Subiektywnie:  Magic na minus w wymianach?!
Cezary Szwarc, Informacja własna
Obraz własny
Zapominając na chwilę o tym, z jakim numerem zagra Marcin Gortat i czy wygra rywalizację o pierwszą piątkę z kontuzjogennym Robinem Lopezem, postanowiłem skreślić kilka pierwszych przemyśleń związanych z dzisiejszymi wymianami. Pierwsze i chyba najważniejsze pytanie: A co jeśli Howard wpadnie w kłopoty z faulami w pierwszej kwarcie, albo jak bez pomocy z ławki pod koszem Magic zamierzają grać w playoffs?!Zacznijmy moze od tego, że  według mnie Magic nienajlepiej wyszli na dzisiejszym handlowaniu graczami. Rozumiem, że jak mówił sam Gortat zespół miał ogromne problemy z bronieniem graczy obwodowych, a głównie strzelców zza łuku, natomiast bez większych problemów radził sobie z bronieniem pod koszem, gdzie dominował najlepszy obrońca w lidze, który za plecami miał nieźle broniącego zmiennika w postaci polskiego środkowego. Poprzez sprowadzenie Arenasa, Richardsona i Turkoglu klub postara się zaprzestać kłopotom. Magic oddali jednak moim zdaniem trochę za dużo ze swojego front-court’u wymieniając Rasharda Lewisa (208cm) i Marcina Gortata (213), a zyskując pod kosz tylko drugoroczniaka – Earla Clarka, który sam sprawia czasami wrażenie zawodnika, który nie wie na jakiej chce grać pozycji. Ten problem można przedstawić w łatwy sposób: Wyobraźcie sobie sytuację, w której Dwight Howard łapie dwa faule na początku pierwszej kwarty, a za niego może wejść Clark, Allen, Bass, Orton(wszyscy za niscy, jak na typowych centrów – szczególnie Bass), albo Ryan Anderson, który jest tego samego wzrostu, co Earl, Malik i Orton, ale jest typem strzelca, a nie gracza, który może z powodzeniem grać tyłem do kosza w NBA. To jest kłopot, który w sezonie regularnym może jeszcze nie być tak widoczny, bo nadrobić może nowiutki obwód, który będzie raził z dystansu i groził wejściami pod kosz, a przeciwnikiem mogą być zespoły, w których skład pod koszem nie jest wcale lepszy. Pomyślmy jednak o fazie posezonowej, gdzie mocny środek jest absolutnie wymagany do osiągnięcia jakiegokolwiek sukcesu, o czym najlepiej wiedzą Lakers, czy Celtics, którzy chuchają i dmuchają na swoich podkoszowych, aby ci byli w jak najlepszej formie na PO. Oczywiście można mówić, że to większa szansa dla Howarda, który teraz z Arenasem, mogącym grać na „1” i „2” będzie dostawał więcej piłek niż z często samolubnym Vince’em Carterem. Kolejna rzecz na minus to sam Arenas i jego kłopoty z prawem, klubami, które reprezentował (symulowanie kontuzji), kolanami z „waty”, a czasami można nawet odnieść wrażenie, że z własną psychiką. Hedo Turkoglu wracając na Florydę nie jest już tym samym zawodnikiem, z którym Magic wchodzili do finałów 2009, choć kibice klubu z Orlando wierzą w jego odrodzenie i  powrót do formy, w której wygrywał nagrodę dla koszykarza, który poczynił największy postęp, czy zdobywał 19.5 punktu, 5.7 zbiórek i 5 asyst w każdym spotkaniu, co wydaje się teraz już tylko legendą przy dzisiejszych nieco ponad 9 punktach, 4 zbiórkach i trochę ponad 2 kluczowych podaniach na mecz. Jeśli zaś chodzi o Jasona Richardsona, to zawodnik, który mniej więcej takim samym wymiarze czasowym, jak Vince potrafi zdobywać statystycznie więcej oczek, nie ma tak dużych problemów z kolanami, jest o cztery lata młodszy i wprowadza dużo atletyzmu, co powinno zakryć nieco dziurę po równie atletycznym francuzie  - Mikaelu Pietrusie. Z obwodem na którym będzie Nelson, Redick, Williams, Arenas, J.Richardson, Turkoglu, Q.Richardson, życzę też powodzenia w rozdawaniu minut Stanowi Van Gundy’emu, który miewał już problemy z podzieleniem minut pomiędzy tylko dwóch centrów – Howarda i jego zastępcę, Marcina Gortata. Przypominam tylko, że dzisiejszy mecz Magic i Wizards rozegrają już bez wymienionych zawodników, a jeszcze bez nowych, także w składzie ekipy z Florydy zabraknie aż czterech koszykarzy.
Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp