Zza kosza - subiektywny przegląd wydarzeń z parkietów TBL

Dodano: 13 grudnia 2010 20:03
Zza kosza - subiektywny przegląd wydarzeń z parkietów TBL
Adam Popek, Informacja własna
Obraz własny

W pierwszym, ale jakże ciekawym meczu 10 kolejki Tauron Basket Ligi pokaz tego, jak należy zwyciężać dała Energa Czarni Słupsk. Po zeszłotygodniowej porażce z Asseco Prokomem, podopieczni Dainiusa Adomaitisa przystąpili do konfrontacji z Anwilem podwójnie zmotywowani i już w drugiej kwarcie zdystansowali rywala na kilkanaście punktów.

Stało się wtedy jasne, włocławianom o korzystny rezultat będzie niezwykle trudno, zwłaszcza, że po tych wydarzeniach wyraźnie stracili pewność siebie. Widząc to, gospodarze zaczęli dyktować swoje warunki gry i do końca utrzymywali bezpieczną przewagę.

W dużej mierze było to zasługą bardzo dobrej, bo 50% skuteczności rzutów zza linii 6, 75 m, co jest z pewnością jednym z lepszych wyników tego sezonu. Poza tym, słowa pochwały należy skierować pod adresem Bryana Davisa, który nieoczekiwanie wcielił się w rolę jednego z liderów swojego zespołu. Jeśli z biegiem czasu każdy z drugoplanowych graczy Energi będzie tak eksplodował z formą, to aż boje się o jej kolejnych przeciwników. Tymczasem martwić zaczyna postawa v-ce Mistrzów Polski. Włocławianie dowodzeni przez ich nowego trenera, Emira Mutapcicia, równorzędnym rywalem dla „Czarnych Panter” byli tylko w pierwszych minutach. Potem, pogubili się w boiskowych wydarzeniach i mimo szczerych chęci, nie potrafili odmienić losów pojedynku. Trzeba przyznać, że osiągnięcie dobrego wyniku w hali Gryfia jest niezwykle trudnym zadaniem, jednakże od takiego klubu jak Anwil należy wymagać więcej i będę to powtarzał, dopóki jeden z najlepszych polskich klubów nie zacznie w pełni wykorzystywać swojego potencjału. Pocieszeniem dla ekipy z Kujaw może być już drugi z rzędu dobry występ Dardana Berishy, który początkowo zawodził oraz utrzymująca się na wysokim poziomie forma Erica Hicksa. Prawdą jest jednak, że aby walczyć o czołowe lokaty w tabeli, potrzeba wymiernego wkładu ze strony wszystkich graczy, a nie pojedynczych jednostek. Winić za tą porażkę na pewno nie można nowego szkoleniowca, który pracuje z zespołem dopiero od czwartku i czasu by odcisnąć swoje piętno na zespole po prostu nie miał. Mimo to, wszyscy liczą, że już od następnej kolejki Anwil zaprezentuje swoje nowe oblicze i znowu zacznie seryjnie wygrywać, bo indolencja już dłużej trwać nie może.

Poznań po raz kolejny przeżył wielki zawód. Tym razem PBG Basket długo wygrywał z Turowem Zgorzelec i wszystko wyglądało tak, jakby podopieczni Miliji Bogicevicia chcieli zmazać plamę po przegranej z Polonią. Niestety dla miejscowych kibiców, ich faworyci nie tylko nie zrehabilitowali się za zeszłotygodniową wpadkę, ale też powielili błędy z przeszłości i dali sobie wydrzeć komplet punktów w dodatkowym czasie gry. Na domiar złego, w wielkopolskim teamie znów na miarę oczekiwań zagrał tylko jeden zawodnik, Patrick Okafor. Reszta była tylko tłem dla silnego podkoszowego, co tylko dolewa oliwy do ognia. W związku z tym, cierpliwość włodarzy klubu po raz kolejny została wystawiona na ciężką próbę, bowiem to już nie pierwszy raz, kiedy w ciągu ostatnich kilkunastu tygodni ich drużyna sprawia tak niemiłą niespodziankę. Zresztą nad całą sytuacją powinien głęboko zastanowić się sam szkoleniowiec zespołu, który jeszcze nie tak dawno na łamach naszego portalu zapewniał, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Ja mam, co do tego spore wątpliwości. Ich przeciwnicy natomiast, wydaje się, że wszelkie problemy mają już za sobą. Podopieczni Jacka Winnickiego wygrali czwarte spotkanie z rzędu i powoli nawiązują do poprzednich lat, kiedy to byli postrachem ligowych rywali. Zresztą pochwalić należy też ich ambitną postawę w sobotni meczu. Mimo tego, że do przerwy przegrywali różnicą aż 20 punktów, zdołali doprowadzić do dogrywki, w której okazali się lepsi o jedno „oczko”. Niejeden w takiej sytuacji spuściłby głowę i myślał tylko o powrocie do domu. Zgorzelczanie jednak, stanęli na wysokości zadania. Tradycyjnie, swoją wszechstronnością wykazał się Torey Thomas, który oprócz 18 punktów zapisał na swoim koncie 9 asyst. Wtórował mu specjalizujący się w rzutach z dystansu Marko Brkić. Wszystko to sprawia, że Turów przed kolejnymi starciami może być pełny optymizmu, bo zwycięstwa w takich okolicznościach zwykle dodają wiary we własne umiejętności.

Na dogrywkę zanosiło się też w Zielonej Górze, gdzie miejscowy Zastal podejmował Kotwicę Kołobrzeg. Oba zespoły przez pełne 40 minut toczyły walkę punkt za punkt. O uzyskaniu choćby niewielkiej przewagi nie było mowy. Ze strony podopiecznych Dariusza Szczubiała, zagrożenie dla przeciwnika wreszcie stanowił nie tylko Ted Scott, ale też Darrell Harris i Anthony Fisher. Niestety dla kołobrzeżan, okazało się to zbyt mało. Wszystko przez fenomenalną akcję, jaką w samej końcówce przeprowadził Walter Hodge. Portorykańczyk na 3 sekundy przed ostatnią syreną oddał zwycięski rzut, zapewniając tym samym swojej drużynie pierwsze od miesiąca ligowe zwycięstwo. Radość z tego tytułu w zielonogórskim obozie była ogromna. Wielu martwiło się już, że Zastal nie powtórzy wyczynu z początku sezonu, kiedy to długo pozostawał niepokonany. Zresztą obawy wyrażał też trener Tomasz Herkt, który narzekał na kontuzje wśród podstawowych zawodników. Los jednak się do nich uśmiechnął. Zresztą trzeba dodać, że happy end nie byłby możliwy bez wsparcia ze strony Chrisa Burgessa. Jeden z najlepszych środkowych występujących na polskich parkietach powrócił po krótkiej przerwie w znakomitym stylu. Znów brylował w polu trzech sekund i w wielu trudnych momentach brał ciężar gry na swoje barki. Tym samym, beniaminek TBL udowodnił, że poprzednie niepowodzenia były tylko wypadkiem przy pracy. Tego nie da się powiedzieć o ich przeciwniku. Kotwica, choć była już jedną nogą na wygranej pozycji, kolejny raz musi przełknąć gorycz porażki. Ten fakt jest o tyle przykry, że nadmorscy koszykarze nie notują już takich huśtawek formy i w Zielonej Górze stoczyli naprawdę dobry pojedynek. Czy wpłynie to na nich demobilizująco? Wątpliwe, bo kołobrzeżanie zdążyli już pokazać, że potrafią się podnosić po wszelkich niepowodzeniach.

Czy ta sama sztuka uda się tarnobrzeskiej Siarce? Tutaj sytuacja jest o wiele gorsza. Podopieczni Zbigniewa Pyszniaka przegrali można powiedzieć mecz o życie z AZS-em Koszalin, który był jak dotąd ich bezpośrednim rywalem w walce o utrzymanie i ugrzęzli na samym dnie tabeli. Nie dziwią, więc krytyczne opinie wobec beniaminka ekstraklasy, z racji choćby tego, że w tym momencie stał się czerwoną latarnią rozgrywek. Czy podkarpacki zespół może jeszcze liczyć na zbawienie? W pojedynku ze zdobywcą Pucharu Polski aspiracji do tego nie potwierdził. Już w pierwszej odsłonie pozwolił rywalowi na ucieczkę punktową i nie potrafił w skuteczny sposób odpowiedzieć na jego poczynania. Co z tego, że błysnął Bartosz Krupa i trochę więcej chęci do gry niż zwykle wykazał Marek Miszczuk, skoro efekt jest taki sam jak zwykle. Jedynym, który może mieć jakiekolwiek powody do radości po sobotnim wieczorze jest Daniel Wall, który dzięki swojej waleczności wyrasta na czołowego zawodnika Siarki. „Akademicy” jednak, mieli to, czego zabrakło gospodarzom. Mowa o skutecznej grze obcokrajowców. W ekipie AZS-u zdobyli oni łącznie 78 punktów, podczas gdy zagraniczni zawodnicy Siarki zapisali na swoim koncie zaledwie 46 ”oczek”. Dla tych ostatnich nie jest to bynajmniej powód do dumy, bowiem brutalna prawda jest taka, że niedawni pierwszoligowcy lepiej radzą sobie w ekstraklasie niż oni. To jest jednak, zmartwienie tarnobrzeskiego klubu. Podopieczni Mariusza Karola natomiast, mają się z czego cieszyć, bo wygrali już drugi mecz z rzędu i mozolnie odrabiają straty do pozostałych ligowców. Na tym etapie trudno przewidzieć, czy osiągną w tym sezonie coś więcej. Pewnym jest jednak, że jeśli będą grać na takiej skuteczności, jak w Tarnobrzegu, to o utrzymanie ligowego bytu mogą być spokojni.

W Gdyni, mająca wielkie ambicje Polpharma długo toczyła wyrównany bój z Mistrzem Polski. Podopieczni Zorana Sretenovicia jednak, nie zdołali utrzymać wypracowanej w pierwszej połowie przewagi do końca i musieli się zadowolić jedynie korzyściami, płynącymi z ich postawy. A takich nie było mało. Po zespole, który kilka tygodni temu zamykał tabelę nie pozostało już śladu i jak widać, starogardzianie są w stanie nawiązać równorzędną walkę nawet z najlepszymi. Po raz kolejny, najlepszym strzelcem „Farmaceutów” okazał się Michael Hicks, lecz tym razem był on wspierany przez będącego w wyśmienitej formie Tomasza Cielebąka. Polak, trafił wszystkie z oddanych rzutów z gry, czym zaskarbił sobie przychylność obecnych na trybunach koszykarskich ekspertów. Bez zarzutu ze swojej roli wywiązał się także Robert Skibniewski, który zanotował aż 10 asyst. Niestety dla przyjezdnych, ich działania nie przyniosły wymiernych korzyści w postaci kompletu punktów. Ten, pozostał w Trójmieście, dzięki czemu można odnieść wrażenie, że Mistrzowie Polski powracają z dalekiej podróży. Po wielu problemach na starcie ligowego sezonu, gdynianie wreszcie zażegnali część z nich i przynajmniej w lidze od jakiegoś czasu nie zawodzą. Za niedzielny występ należą im się dodatkowe słowa pochwały za to, że każdy z zawodników obecnych na parkiecie był umiejętnie wykorzystywany. Dowodem tego jest choćby zdobycie dwucyfrowej liczby punktów przez Piotra Szczotkę, któremu ta sztuka do tej pory nie zdarzała się często. Czy taka metamorfoza jest efektem rozwiązania kontraktu z Bobby’m Brownem? Trudno to jednoznacznie określić, ale prawdą jest, że po jego odejściu drużyna funkcjonuje o wiele lepiej i nie zalicza już przykrych wpadek, które były ujmą dla całej społeczności koszykarskiej w Polsce.

W innym meczu, rozgrywanym na terenie Trójmiasta górą Trefl. Sopocianie nie bez problemów pokonali Polonię Warszawa i wobec porażki Anwilu oraz PBG Basketu, umocnili swoją pozycję w tabeli. Do triumfu, ekipę gospodarzy poprowadził Slobodan Ljubotina do spółki z Lawrencem Kinnardem. Ten pierwszy, wykonał mnóstwo pożytecznej pracy w pierwszych minutach, drugi natomiast, przysłużył się w dalszej części spotkania. Ich zwycięstwo jednak, długo nie było sprawą tak oczywistą. Wszystko dlatego, że podopieczni Wojciecha Kamińskiego dzielnie się trzymali i dowodzeni na parkiecie przez Marcina Nowakowskiego zmusili graczy gospodarzy do sporego wysiłku. W tej konfrontacji jednak, bardzo ważnym czynnikiem okazało się doświadczenie, które przemawiało za ekipą Trefla. Dzięki temu zwycięstwu, sopocianie znaleźli się w bardzo komfortowym położeniu, bowiem ich bezpośredni rywale, w tej kolejce przegrywali. Mimo to, podopieczni Karlisa Muiznieksa muszą zdecydowanie poprawić poziom swojej gry, jeśli myślą o kolejnych triumfach i zajęciu miejsca na podium po sezonie. Zawodnicy Czarnych Koszul natomiast, nie mają się czego wstydzić. Napędzili stracha jednemu z lepszych polskich klubów i do ostatnich sekund walczyli o swoje. Tym razem jednak, troszkę im zabrakło do tego, by móc cieszyć się po ostatniej syrenie.

Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp