Zza kosza - subiektywny przegląd wydarzeń z parkietów TBL
W spotkaniu rozpoczynającym 9 serię gier Tauron Basket Ligi ponownie nie zachwycił Anwil. Choć wydawało się, że włocławianie notują tendencję zwyżkową i kolejne zwycięstwa powinny być dla nich sprawą oczywistą, to piątkowy wieczór pokazał, że tak nie jest.
Podrażniony dwoma porażkami z rzędu Trefl Sopot w Hali Mistrzów zagrał bardzo konsekwentnie, co okazało się wystarczające na podopiecznych Igora Griszczuka.
Ci, mogą tłumaczyć swoją porażkę świetną dyspozycją Filipa Dylewicza, jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że gospodarzom w ważnych momentach zabrakło po prostu koncentracji. Pomijając pierwszą kwartę, kiedy wyraźnie odstawali poziomem od przeciwnika, mieli mnóstwo okazji, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Jednakże, za każdym razem sopocianie byli o ten jeden krok do przodu. Duża w tym zasługa wspomnianego Dylewicza, który jak na kapitana zespołu przystało, brał na siebie ciężar gry i co najważniejsze, robił to bardzo skutecznie. Ponadto, na pochwałę zasługuje fakt, że mimo słabej postawy Giedriusa Gustasa, trójmiejscy koszykarze potrafili znaleźć inny sposób na zdobywanie punktów, dzięki czemu nie notowali zauważalnych przestojów w grze. Słowa uznania należy skierować też pod adresem Slobodana Ljubotiny, który stanowił doskonałą przeciwwagę dla silnego pod tablicami Paula Millera. Tym samym, Trefl zdołał utrzymać wypracowaną przewagę do samego końca i może być w pełni zadowolony z osiągniętego rezultatu. Anwil z kolei, udowodnił, że jest jeszcze za wcześnie by określać go mianem bezapelacyjnego pretendenta do medalu.
To co wydarzyło się w Koszalinie natomiast, śmiało można nazwać sporą niespodzianką. Skazywany na pożarcie AZS, wspiął się na wyżyny swoich umiejętności i przed własną publicznością pokonał Zastal. Początek spotkania nie zapowiadał jednak, takiego rozstrzygnięcia. Właściwie można powiedzieć, że wszystko szło zgodnie z przewidywaniami, bowiem to zawodnicy Tomasza Herkta z każdą kolejną minutą powiększali prowadzenie i nie pozostawali złudzeń, która z ekip znajduje się wyżej w ligowej hierarchii. Przez większą część meczu, niewidoczny był także brak Chrisa Burgessa, a to dlatego, że udanie zastępowali go Żarko Comagić i powracający po kontuzji Jakub Dłoniak. Po tych wydarzeniach, beniaminek ekstraklasy prowadził przed decydującą batalią różnicą 13 punktów i konia z rzędem temu, kto spodziewał się, że losy rywalizacji jeszcze się odmienią. Mimo to, ostatnie 10 minut było istnym popisem zarówno strzeleckim jak i gry w obronie „Akademików”. Zachęcani do walki przez żywiołowo reagującego trenera Karola gracze AZS-u, momentalnie odrobili stratę i stało się jasne, że jeszcze nikt nie może być pewny swego. Kapitalną końcówkę zaliczył Marcin Sroka, trafiając do kosza niemal z każdej pozycji. Wtórowali mu George Reese i Slavisa Bogavac, którzy czując wiatr w żagle, również nie bali się ryzykować. Ponadto, trzeba przyznać, że w defensywie koszalinianie wcale nie byli gorsi. Dowodem tego, było zdobycie przez przeciwników zaledwie 7 „oczek” w tej części gry. Zresztą zawodnicy z Winnego Grodu stanowili w czwartej „ćwiartce” jedynie tło dla zdobywcy Pucharu Polski, w związku z czym musieli ostatecznie uznać jego wyższość. Zastal poniósł tym samym trzecią porażkę z rzędu, co jest sporym rozczarowaniem. Natomiast zdobycie dwóch punktów przez AZS, jest z pewnością bardzo cenne ze względu na ciągle grożące mu widmo spadku.
Kilkadziesiąt kilometrów dalej, w Kołobrzegu miał miejsce dość jednostronny pojedynek. Miejscowa Kotwica, już w pierwszej kwarcie pozwoliła na ucieczkę punktową graczom Polpharmy, lecz tym razem, nie zdołała przypuścic szalonej pogoni. W związku z tym, musiała się na koniec pogodzić z porażką. Starogardzianie z kolei w najlepszy możliwy sposób wykorzystali słabą formę podopiecznych Dariusza Szczubiała. Po 10 minutach gry prowadzili 28:10, sprawiając przy tym wrażenie bardzo pewnych siebie. Od początku dało się zauważyć, że ekipa ze stolicy Kociewa w przeciwieństwie do kołobrzeżan stawia przede wszystkim na zespołowość. Jak się okazało, przyniosło to zamierzony efekt. Podobnie jak w poprzednich starciach, bardzo aktywny był Michael Hicks. Tym razem jednak, wspierała go liczna grupa na czele, której stał Kamil Chanas. Dzięki temu, drużyna prowadzona przez Zorana Sretenovicia nie pozwalała rywalom na rozwinięcie skrzydeł przez pełne 40 minut. Wśród gospodarzy, czołową postacią był nie kto inny jak Ted Scott. Nieco szalony obrońca, o skromnych warunkach fizycznych co chwilę zapisywał na swoim koncie kolejne punkty, ale trzeba przynać, że grał zbyt indywidualnie, co nie przekładało się na korzyść drużyny. Jedynym oprócz niego, który starł się coś wskórać był Tomasz Zabłocki, ale okazało się to za mało na rozpędzoną starogardzką lokomotywę. Tym samym, kołobrzeski zespół po lepszym okresie ponownie doznał goryczy porażki i będzie musiał włożyć sporo pracy, by to zmienić.
W ostatnim sobotnim pojedynku niespodzianki nie było. W Zgorzelcu, miejscowy PGE Turów gładko ograł Siarkę Tarnobrzeg, nie pozostawiając złudzeń, kto dysponuje większym potencjałem. Podopieczni Jacka Winnickiego od pierwszych minut zaznaczali swoją przewagę i nie mieli problemów ze zdobywaniem kolejnych punktów. Tego nie można było powiedzieć o zawodnikach Siarki. Jedynym spośród nich, który zagrał na miarę swoich możliwości był Kevin Goffney, ale i tak w ogólnym rezultacie nie miało to większego znaczenia. Zawodziła natomiast cała reszta. O ile jeszcze Daniel Wall, próbował w swoim stylu wyszarpać kilka piłek w strefie podkoszowej, o tyle Marek Miszczuk na parkiecie wręcz nie istniał. Trener Zbigniew Pyszniak widząc postawę swoich podopiecznych nie krył frustracji. Zresztą trudno mu się dziwić, skoro różnica klas obu zespołów była aż nadto widoczna. Na trybunach kibice żartowali nawet, że są świadkami nie ekstraklasowego meczu, a pucharowej konfrontacji swoich faworytów z jakimś drugoligowcem. Tymczasem zgorzelccy koszykarze bawili się w najlepsze. Z półdystansu kosz „dziurawił” David Jackson, a celnymi próbami zza linii 6, 75 m. popisywał się Ivan Koljević. Do tego nie można zapomnieć o niezawodnym Marko Brkiciu i z łatwością radzącym sobie pod tablicami Ivanie Żigeranoviciu. Wszystko to sprawiło, że triumf gospodarzy ani przez moment nie był zagrożony i pewnie zdobyli oni upragniony komplet punktów. A tarnobrzeżanie kolejny raz musieli uznać wyższość rywala i zastanawia tylko, czy już do końca sezonu pozostaną z jednym zwycięstwem na koncie.
Któż by się przed sezonem spodziewał, że Polonia Warszawa będzie w stanie grać na tak wysokim poziomie. A jednak! Tym razem, podopieczni Wojciecha Kamińskiego w dramatycznych okolicznościach pokonali PBG Basket Poznań, który jest tym samym kolejną drużyną z czołówki, która musiała uznać wyższość warszawskiego zespołu. Właściwie warto sobie w tym momencie zadać pytanie, czy poznaniaków faktycznie można zaklasyfikować do ligowych potentatów? Pod względem organizacyjnym na pewno tak, ale osiągane przez nich wyniki pozostawiają wiele do życzenia. Niby trener Milija Bogicević ma do dyspozycji szeroki skład i całą gammę solidnych ligowców, a jednak na parkiecie tego nie widać. Pod względem innych kwestii jest podobnie. Czego zatem brakuje wielkopolskiej drużynie do osiągania satysfakcjonujących rezultatów? W stolicy zabrakło zdecydowanie chęci zwycięstwa. Podczas gdy gospodarze robili wszystko, co w ich mocy by wygrać, poznaniacy sprawiali wrażenie zrezygnowanych, a właśnie w takich chwilach poznaje się charakter zespołu. Czy w związku z tym wyniesione zostaną odpowiednie wnioski? Okaże się przy okazji następnych meczów z ich udziałem, a tymczasem lepiej zająć się bardziej przyjemnymi sprawami. Stołeczni koszykarze, zwycięstwem w takich okolicznościach sprawili wielką radość zarówno sobie jak i kibicom. Dodatkowo, nagrodą dla nich jest zajmowana obecnie wysoka pozycja w tabeli, która stanowi odzwierciedleniem pracy wykonanej przez cały team. Taka postawa budzi podziw i pozostaje życzyć warszawianom powodzenia w dalszej walce, bo nie każdy jest w stanie grać tak ambitnie, co widać było na przykładzie PBG Basketu.
Na ostatni pojedynek kolejki z pewnością warto było czekać. Niepokonana jak dotąd Energa Czarni Słupsk w końcu znalazła pogromcę, mimo tego, że do ostatnich sekund próbowała przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Pierwszym pogromcą słupszczan okazał się Asseco Prokom Gdynia. Mistrzowie Polski zagrali tak, jak przyzwyczaili do tego w poprzednim sezonie i w końcowych minutach zachowali zimną krew. Początek jednak, nie zapowiadał ich zwycięstwa. W pierwszej połowie, podopieczni Dainiusa Adomaitisa z łatwością dystansowali gdynian, w związku z czym trener Pacesas miał nietęgą minę. Tradycyjnie, świetne zawody rozgrywała trójka Bennerman – Białek – Blassingame, wspomagana przez Mantasa Cesnauskisa. Dodatkowo, na ich korzyść przemawiał fakt, że gospodarze mieli spore problemy w obronie. W związku z tym, do ostatniej kwarty wydawało się, że ósma ekipa poprzedniego sezonu zanotuje dziewiątą wygraną z rzędu. Tak się jednak nie stało. Wszystko za sprawą nienagannie rozegranej przez trójmiejski zespół ostatniej „ćwiartki”. Wtedy to, swoje najlepsze oblicze zaprezentowali J.R. Giddens, Daniel Ewing i Ratko Varda, którzy poprowadzili swój team do spektakularnego triumfu. Posłużyłem się takim określeniem ze względu na rangę osiągniętego sukcesu. Kto wie, czy to zwycięstwo nie zjednoczy teraz nadmorskiej drużyny, która zacznie pisać nowy rozdział w swojej historii? „Czarne Pantery” z kolei z pewnością są niepocieszone, ale przegrywać też trzeba umieć. Miejmy nadzieję, że ten niekorzystny rezultat nie wpłynie negatywnie na dalsze losy Energi Czarnych, bo straciłaby na tym cała ekstraklasa.